18.12.2022, 23:31 ✶
Patrick podniósł głowę, gdy usłyszał głos Florence. W mroku nocy i w świetle ulicznej lampy, nie było to szczególnie widoczne, ale miał ciemniejącego siniaka na policzku, lekko rozciętą dolną wargę i mocno błyszczące, przepełnione rozpaczą oczy. Choć, w jakiś sposób, to może jednak te oczy najbardziej były zauważalne.
Patrzył na nią dziwnie. Jakby była wyspą a on rozbitkiem na morzu, jakby mogła go ocalić, uratować - albo przynajmiej rozgrzeszyć.
Zadrżał mocniej, gdy czarownica zarzucała mu wełnianą chustę na ramiona. Pewnie z zimna, choć nie tylko tego powodowanego przez pogodę, ale również innego, który przenikał go od środka. Śnieg ciągle sypał, osadzał się Stewardowi na włosach i ramionach.
- Zabiłem ją, wiesz? – zapytał cicho. – Ja… ja nie wiem co mam robić. Nie chciałem jej zabić, po prostu nie mogłem… to trwało za długo, rozumiesz? – Głos mu się załamał. Odwrócił głowę by pociągnąć nosem i choć trochę wziąć się w garść. – Jak to miało dalej trwać? Ona wyszła za mąż. Musiałem to skończyć…
Nie chciał, by Florence oglądała go w tym stanie. Na dobra sprawę, nie chciał by ktokolwiek przyglądał mu się w tym momencie. Chciał tylko, żeby przestało go w środku tak strasznie boleć. Żeby ktoś powiedział mu, że Clare żyje i wcale nie popełniła samobójstwa, bo nie chciał być tym trzecim w jej małżeństwie.
Wychynęły spod rękawów swetra jego nagie dłonie, gdy wycierał ręką twarz. Kostki miał obite, pokrwawione; jakby wcześniej intensywnie uderzał pięściami w ścianę.
- Chyba w pubie. Nie wiem – wymamrotał na pytanie o kurtkę. – Jacyś mugole grali w bilard. Śmiali się. Chciałem, żeby przestali się śmiać – opisał. Mówił trochę wolniej niż zazwyczaj, mniej wyraźnie; był podpity choć nie mógł być jakoś szczególnie pijany. Może przetrzeźwiał na dworze albo część whisky zwyczajnie porozlewał.
Patrzył na nią dziwnie. Jakby była wyspą a on rozbitkiem na morzu, jakby mogła go ocalić, uratować - albo przynajmiej rozgrzeszyć.
Zadrżał mocniej, gdy czarownica zarzucała mu wełnianą chustę na ramiona. Pewnie z zimna, choć nie tylko tego powodowanego przez pogodę, ale również innego, który przenikał go od środka. Śnieg ciągle sypał, osadzał się Stewardowi na włosach i ramionach.
- Zabiłem ją, wiesz? – zapytał cicho. – Ja… ja nie wiem co mam robić. Nie chciałem jej zabić, po prostu nie mogłem… to trwało za długo, rozumiesz? – Głos mu się załamał. Odwrócił głowę by pociągnąć nosem i choć trochę wziąć się w garść. – Jak to miało dalej trwać? Ona wyszła za mąż. Musiałem to skończyć…
Nie chciał, by Florence oglądała go w tym stanie. Na dobra sprawę, nie chciał by ktokolwiek przyglądał mu się w tym momencie. Chciał tylko, żeby przestało go w środku tak strasznie boleć. Żeby ktoś powiedział mu, że Clare żyje i wcale nie popełniła samobójstwa, bo nie chciał być tym trzecim w jej małżeństwie.
Wychynęły spod rękawów swetra jego nagie dłonie, gdy wycierał ręką twarz. Kostki miał obite, pokrwawione; jakby wcześniej intensywnie uderzał pięściami w ścianę.
- Chyba w pubie. Nie wiem – wymamrotał na pytanie o kurtkę. – Jacyś mugole grali w bilard. Śmiali się. Chciałem, żeby przestali się śmiać – opisał. Mówił trochę wolniej niż zazwyczaj, mniej wyraźnie; był podpity choć nie mógł być jakoś szczególnie pijany. Może przetrzeźwiał na dworze albo część whisky zwyczajnie porozlewał.