21.04.2024, 22:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:23 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine zdążyła już trochę zapomnieć, jak to jest, być nastolatką: nie była zresztą pewna, czy w ogóle chce pamiętać wszystkie te kryzysy wieku młodzieńczego, które były jej udziałem. Była natomiast pewna tego, że skoro nie podcięła sobie żył, mając lat trzynaście, równie dobrze mogła spróbować dożyć trzydziestki.
Kiedy głaskała Sophie po niesfornych, rudych włosach - czekając, wydawało jej się, niemal wieczność, aż dziewczyna zdoła się uspokoić na tyle, by móc sformułować zdanie złożone - zastanawiała się, co też może być powodem jej łez. Pierwszy zawód miłosny? Problemy rodzinne? Niepewność co do przyszłej ścieżki życiowej? Żadne z tych rzeczy nie wydawała jej się teraz wystarczającym powodem do płaczu, ale Sophie dopiero wchodziła w dorosłość, więc można jej to było wybaczyć. Zresztą, Lorraine, choć mogła wydawać się bardzo obyta towarzysko i pewna siebie, nie była do końca pewna, kiedy jakie emocje są właściwe. Upośledzenie emocjonalne wyniosła z domu, bo w mniemaniu Mirandy Malfoy - dla której otwarte okazywanie uczuć było niczym więcej jak wyrazem słabości - nie mogło nic być bardziej poniżającego niż płacz, co ta chętnie dawała córce do zrozumienia. Dopiero z wiekiem - i poniekąd także dzięki eksperymentom z legilimencją, bo to wtedy półwila po raz pierwszy pozwoliła sobie przeżyć pewne emocje bez wstydu - Lorraine stała się bardziej empatyczna: nie na tyle, by zacząć dzielić się własnymi wątpliwościami głośno (może za wyjątkiem tych rzadkich chwil słabości w ramionach Maeve, choć tylko wtedy, bo podejrzewała ze smutkiem, że taki Atreus czy Otto by ją wyśmiali), ale wystarczająco, by móc obdarzyć czułością i choćby pozornym zrozumieniem innych.
Co prawda, nawet największe pokłady inteligencji emocjonalnej nie mogły jej przygotować na widok Sophie wycierającej nos w rękaw sukienki, więc Lorraine na moment zaniemówiła.
Może tak było lepiej: dzięki temu w absolutnym skupieniu wysłuchała żalów nastolatki, która zresztą z wolna zaczęła się uspokajać - tak, jak gdyby ten wybuch był pierwszą od wielu dni okazją, by wylać z siebie frustrację z powodu porażki Mulciber Moonshine.
Lorraine milczała dobrą chwilę.
Musiała najpierw zdusić w sobie chęć roześmiania się w głos.
Córka Roberta Mulcibera pędziła nielegalnie bimber. Syn Roberta Mulcibera (dalej trudno jej było uwierzyć w tę genealogiczną rewelację, którą sprzedał jej Stanley) zarządzał lokalem przestępczo-gastronomiczno-usługowym gangiem na Nokturnie. Robert Mulciber od lat płacił jej za informacje i inne drobne, nie do końca legalne zlecenia.
Może powinna dać im rodzinną zniżkę na swoje usługi.
Lorraine wyłowiła z torebki chusteczkę, którą wręczyła Mulciberównie. Kiedy wreszcie się odezwała, jej głos brzmiał zdecydowanie.
- Dziecko... Przecież ty powinnaś być z siebie dumna, naprawdę. - Lorraine wydawała się absolutnie nieporuszona faktem rozpoczęcia przez świeżo upieczoną absolwentkę Hogwartu nielegalnej produkcji alkoholu bez koncesji. Nuta autentycznego oburzenia, jaka wkradła się do jej tonu, była wyrazem jej szczerego sprzeciwu wobec sposobu, w jaki rodzina potraktowała plan biznesowy Sophie. - Skąd to zwątpienie, skąd te łzy? Zapamiętaj sobie: musisz być twarda. W tym biznesie nie ma na to miejsca. Ciężko pracowałaś, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jesteś teraz, a tych godzin spędzonych nad przepisem, na produkcji i budowaniu kontaktów nikt nie jest ci w stanie zwrócić... Ale też nikt nie może ci ich odebrać. Dlaczego chcesz się poddać tylko dlatego, że jeden czy drugi raz ci coś nie wyszło?
Jak na tak uzdolnionego legilimentę, Robert Mulciber zdawał się mieć wyjątkowo małe pojęcie na temat tego, co tkwiło w głowie jego własnej córki. Nie wyglądał na szczególnie wylewnego, przeciwnie, ale lubił mieć kontrolę, jak chłodno zauważyła kiedyś Malfoy, analizując zawsze starannie dobrane słowa i wyważone gesty Mulcibera. Czyżby ta chorobliwa potrzeba kontroli nie obejmowała jego dzieci? Widać Robert był jednym z tych rodziców, którzy niespecjalnie przejmowali się swoimi pociechami - przynajmniej póki te nie wpakowały się w jakieś tarapaty - czego dobrym przykładem była jego relacja ze Stanleyem.
Lorraine wydało się to dosyć smutne.
Miranda może i nie była idealną matką, ale regularnie posługiwała się legilimencją, by zaglądać do umysłu swojej przybranej córki. Było to bardzo bolesne - głównie dlatego, że myśli Lorraine były myślami Lorraine, a nie myślami Mirandy, nieważne, jak bardzo ta starała się emulować macochę - Malfoy nigdy nie narzekała jednak na te wielogodzinne sesje, nieważne jak wyczerpujące psychicznie były. W końcu matka zawsze wiedziała najlepiej, co było dla niej dobre. Może gdyby Robert bardziej zainteresował się swoją córką, ta nie musiałaby teraz szukać pocieszenia u niej.
- Czy ktoś przynajmniej pogratulował ci tak wspaniałego pomysłu? Że sama opracowałaś recepturę na udaną cytrynówkę? - Pan Icarus... Icarus Prewett? Skoro już podpisał z nią umowę, młoda musiała zaprezentować całkiem akuratny produkt. Sophie wspominała kiedyś Lorraine, że lubi eliksiry, więc ta wcale nie zdziwiła się, że pasja do przedmiotu przerodziła się w pomysł na biznes. - Jesteś bardzo utalentowaną, i co najważniejsze, przedsiębiorczą młodą damą, Sophie. A damy... - odsunęła delikatnie dłoń dziewczyny od twarzy, bo kiedy ta tarła oczy, te robiły się tylko bardziej czerwone - ...damy nie płaczą. Damy aktualizują biznesplan i idą dalej.
Och, ojcowie. Lorraine z trudem powtrzymała się przed przewróceniem oczami, kiedy usłyszała "pokutę", jaką zadał dziewczynie Robert. Jej własny ojciec zapewne prychnąłby śmiechem na taki pryncypializm. Inna sprawa, że Armand Malfoy pogłaskał tylko córkę po głowie, jak dowiedział się, że ta rozprowadza w Hogwarcie nielegalną kontrabandę, i spytał, czy może od niej pożyczyć parę galeonów, ale tu nie o tym. Zgłosić nielegalną sprzedaż, zarejestrować firmę, zapłacić karę... Niedorzeczne.
Lorraine obdarzyła Sophie łagodnym uśmiechem, i już otwierała usta, by powiedzieć coś dosadnego na temat metod wychowawczych Roberta Mulcibera, ale szybko je zamknęła, bo do jej uszu doszedł jakiś dziwny stukot. Zerknęła ukradkiem w stronę szczytu schodów. Podsłuchiwanie babskich ploteczek nie licowałoby z godnością Roberta Mulcibera, ale już wspomniane przez Sophie skrzaty... Skinęła brodą w stronę piętra, i uniosła lekko brwi, patrząc porozumiewawczo na dziewczynę.
- Myślisz, że nas podsłuchują? - szepnęła konspiracyjnie, i, nie czekając na odpowiedź, rzuciła zaraz nieco głośniej - Swoją drogą, wyjątkowo niesubordynowane te wasze skrzaty. Na twoim miejscu kazałabym im rzucić się z tych schodów za karę.
Lorraine wzruszyła ramionami. Nie zamierzała mówić na głos, że to raczej oczywiste, że skrzaty są bardziej skłonne podporządkować się woli pana domu, niż wypełniać zachcianki nastoletniej pannicy... Zwłaszcza, że Lorraine - wiedząc, jakiego pokroju człowiekiem jest Robert Mulciber - podejrzewała, że Sophie ma w tym domu tyle do powiedzenia, co te skrzaty. Wątpiła, by w delikatnej dziewuszce, która wtulała się teraz w jej ramię, tkwił popęd do okrucieństwa, ale jeżeli fantazje o zemście miały sprawić, że Sophie poczuje się lepiej, nie widziała przeciwskazań.
Powinny znaleźć bardziej ustronne miejsce na rozmowę.
Kiedy głaskała Sophie po niesfornych, rudych włosach - czekając, wydawało jej się, niemal wieczność, aż dziewczyna zdoła się uspokoić na tyle, by móc sformułować zdanie złożone - zastanawiała się, co też może być powodem jej łez. Pierwszy zawód miłosny? Problemy rodzinne? Niepewność co do przyszłej ścieżki życiowej? Żadne z tych rzeczy nie wydawała jej się teraz wystarczającym powodem do płaczu, ale Sophie dopiero wchodziła w dorosłość, więc można jej to było wybaczyć. Zresztą, Lorraine, choć mogła wydawać się bardzo obyta towarzysko i pewna siebie, nie była do końca pewna, kiedy jakie emocje są właściwe. Upośledzenie emocjonalne wyniosła z domu, bo w mniemaniu Mirandy Malfoy - dla której otwarte okazywanie uczuć było niczym więcej jak wyrazem słabości - nie mogło nic być bardziej poniżającego niż płacz, co ta chętnie dawała córce do zrozumienia. Dopiero z wiekiem - i poniekąd także dzięki eksperymentom z legilimencją, bo to wtedy półwila po raz pierwszy pozwoliła sobie przeżyć pewne emocje bez wstydu - Lorraine stała się bardziej empatyczna: nie na tyle, by zacząć dzielić się własnymi wątpliwościami głośno (może za wyjątkiem tych rzadkich chwil słabości w ramionach Maeve, choć tylko wtedy, bo podejrzewała ze smutkiem, że taki Atreus czy Otto by ją wyśmiali), ale wystarczająco, by móc obdarzyć czułością i choćby pozornym zrozumieniem innych.
Co prawda, nawet największe pokłady inteligencji emocjonalnej nie mogły jej przygotować na widok Sophie wycierającej nos w rękaw sukienki, więc Lorraine na moment zaniemówiła.
Może tak było lepiej: dzięki temu w absolutnym skupieniu wysłuchała żalów nastolatki, która zresztą z wolna zaczęła się uspokajać - tak, jak gdyby ten wybuch był pierwszą od wielu dni okazją, by wylać z siebie frustrację z powodu porażki Mulciber Moonshine.
Lorraine milczała dobrą chwilę.
Musiała najpierw zdusić w sobie chęć roześmiania się w głos.
Córka Roberta Mulcibera pędziła nielegalnie bimber. Syn Roberta Mulcibera (dalej trudno jej było uwierzyć w tę genealogiczną rewelację, którą sprzedał jej Stanley) zarządzał lokalem przestępczo-gastronomiczno-usługowym gangiem na Nokturnie. Robert Mulciber od lat płacił jej za informacje i inne drobne, nie do końca legalne zlecenia.
Może powinna dać im rodzinną zniżkę na swoje usługi.
Lorraine wyłowiła z torebki chusteczkę, którą wręczyła Mulciberównie. Kiedy wreszcie się odezwała, jej głos brzmiał zdecydowanie.
- Dziecko... Przecież ty powinnaś być z siebie dumna, naprawdę. - Lorraine wydawała się absolutnie nieporuszona faktem rozpoczęcia przez świeżo upieczoną absolwentkę Hogwartu nielegalnej produkcji alkoholu bez koncesji. Nuta autentycznego oburzenia, jaka wkradła się do jej tonu, była wyrazem jej szczerego sprzeciwu wobec sposobu, w jaki rodzina potraktowała plan biznesowy Sophie. - Skąd to zwątpienie, skąd te łzy? Zapamiętaj sobie: musisz być twarda. W tym biznesie nie ma na to miejsca. Ciężko pracowałaś, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jesteś teraz, a tych godzin spędzonych nad przepisem, na produkcji i budowaniu kontaktów nikt nie jest ci w stanie zwrócić... Ale też nikt nie może ci ich odebrać. Dlaczego chcesz się poddać tylko dlatego, że jeden czy drugi raz ci coś nie wyszło?
Jak na tak uzdolnionego legilimentę, Robert Mulciber zdawał się mieć wyjątkowo małe pojęcie na temat tego, co tkwiło w głowie jego własnej córki. Nie wyglądał na szczególnie wylewnego, przeciwnie, ale lubił mieć kontrolę, jak chłodno zauważyła kiedyś Malfoy, analizując zawsze starannie dobrane słowa i wyważone gesty Mulcibera. Czyżby ta chorobliwa potrzeba kontroli nie obejmowała jego dzieci? Widać Robert był jednym z tych rodziców, którzy niespecjalnie przejmowali się swoimi pociechami - przynajmniej póki te nie wpakowały się w jakieś tarapaty - czego dobrym przykładem była jego relacja ze Stanleyem.
Lorraine wydało się to dosyć smutne.
Miranda może i nie była idealną matką, ale regularnie posługiwała się legilimencją, by zaglądać do umysłu swojej przybranej córki. Było to bardzo bolesne - głównie dlatego, że myśli Lorraine były myślami Lorraine, a nie myślami Mirandy, nieważne, jak bardzo ta starała się emulować macochę - Malfoy nigdy nie narzekała jednak na te wielogodzinne sesje, nieważne jak wyczerpujące psychicznie były. W końcu matka zawsze wiedziała najlepiej, co było dla niej dobre. Może gdyby Robert bardziej zainteresował się swoją córką, ta nie musiałaby teraz szukać pocieszenia u niej.
- Czy ktoś przynajmniej pogratulował ci tak wspaniałego pomysłu? Że sama opracowałaś recepturę na udaną cytrynówkę? - Pan Icarus... Icarus Prewett? Skoro już podpisał z nią umowę, młoda musiała zaprezentować całkiem akuratny produkt. Sophie wspominała kiedyś Lorraine, że lubi eliksiry, więc ta wcale nie zdziwiła się, że pasja do przedmiotu przerodziła się w pomysł na biznes. - Jesteś bardzo utalentowaną, i co najważniejsze, przedsiębiorczą młodą damą, Sophie. A damy... - odsunęła delikatnie dłoń dziewczyny od twarzy, bo kiedy ta tarła oczy, te robiły się tylko bardziej czerwone - ...damy nie płaczą. Damy aktualizują biznesplan i idą dalej.
Och, ojcowie. Lorraine z trudem powtrzymała się przed przewróceniem oczami, kiedy usłyszała "pokutę", jaką zadał dziewczynie Robert. Jej własny ojciec zapewne prychnąłby śmiechem na taki pryncypializm. Inna sprawa, że Armand Malfoy pogłaskał tylko córkę po głowie, jak dowiedział się, że ta rozprowadza w Hogwarcie nielegalną kontrabandę, i spytał, czy może od niej pożyczyć parę galeonów, ale tu nie o tym. Zgłosić nielegalną sprzedaż, zarejestrować firmę, zapłacić karę... Niedorzeczne.
Lorraine obdarzyła Sophie łagodnym uśmiechem, i już otwierała usta, by powiedzieć coś dosadnego na temat metod wychowawczych Roberta Mulcibera, ale szybko je zamknęła, bo do jej uszu doszedł jakiś dziwny stukot. Zerknęła ukradkiem w stronę szczytu schodów. Podsłuchiwanie babskich ploteczek nie licowałoby z godnością Roberta Mulcibera, ale już wspomniane przez Sophie skrzaty... Skinęła brodą w stronę piętra, i uniosła lekko brwi, patrząc porozumiewawczo na dziewczynę.
- Myślisz, że nas podsłuchują? - szepnęła konspiracyjnie, i, nie czekając na odpowiedź, rzuciła zaraz nieco głośniej - Swoją drogą, wyjątkowo niesubordynowane te wasze skrzaty. Na twoim miejscu kazałabym im rzucić się z tych schodów za karę.
Lorraine wzruszyła ramionami. Nie zamierzała mówić na głos, że to raczej oczywiste, że skrzaty są bardziej skłonne podporządkować się woli pana domu, niż wypełniać zachcianki nastoletniej pannicy... Zwłaszcza, że Lorraine - wiedząc, jakiego pokroju człowiekiem jest Robert Mulciber - podejrzewała, że Sophie ma w tym domu tyle do powiedzenia, co te skrzaty. Wątpiła, by w delikatnej dziewuszce, która wtulała się teraz w jej ramię, tkwił popęd do okrucieństwa, ale jeżeli fantazje o zemście miały sprawić, że Sophie poczuje się lepiej, nie widziała przeciwskazań.
Powinny znaleźć bardziej ustronne miejsce na rozmowę.