22.04.2024, 03:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2024, 05:22 przez Alexander Mulciber.)
Żywe trupy. Żywe trupy? Ręce trzymał w kieszeniach spodni, bo ostatnio często mu drżały bez uchwytnego powodu. W lewej dłoni obracał nerwowo stary pierścień z cygańską runą ochronną: bezużyteczną, ale dodającą otuchy w zabobonnym larum.
Nieżyjący, ale i nieumarli, gdzieś na granicy dwóch światów...Tak jak Donald, pomyślał z niechęcią o hospitalizowanym w Lecznicy Dusz bracie. Wciąż mu się czasem śnił. Prawą rękę zacisnął na schowanej w kieszeni różdżce, tak silnie, że poczuł paznokcie wbijające się we wnętrze dłoni. Donald, który niegdyś jawił się w jego snach jako zawistne, przepełnione chęcią zemsty, ożywione truchło, teraz przypominał bardziej niemego fantoma, zjawę pozbawioną ciała i realnej siły sprawczej, by kogokolwiek skrzywdzić. Nie żył, tylko trwał... Gdzieś w zawieszeniu, w nieustannym limbo. Na tę myśl, Alexander odwrócił na chwilę twarz w stronę Ambrosii, która stała z nim pod rękę, jakby kontrolnie omiatając wzrokiem jej dotąd nieprzeniknione oblicze. Uśmiechnął się do niej lekko, unosząc nieznacznie kąciki ust, niemalże odruchowo - jak zawsze, kiedy na nią patrzył - dlatego, że chciał ją uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie w najlepszym porządku, chociaż nic nie wydawało się w porządku - a może dlatego, że po prostu mógł, bo przecież byli tutaj razem.
Mulciber nie bał się umarłych, ale bał się bólu, jaki malował się na twarzy Ambrosii, kiedy ta doznawała wizji Limbo - bał się jej płaczu, który przypominał wtedy zew wieczności - a jeszcze bardziej bał się jej milczenia, grobowej ciszy, która zapadała, gdy kobieta nie była w stanie wydusić z siebie słowa.
- Były jakieś dodatkowe polecenia z góry? - zapytał cicho Morpheusa - och, Mulciber czuł, że mógłby teraz zmówić modlitwę do władcy światła, Apollona, do którego tak często wołał z weneracją Longbottom, albo innego cudzoziemskiego boga, choć przecież wolał oddawać cześć bardziej przyziemnemu bóstwu, choćby temu, które uwiesiło się jego ramienia! - bo tak cholernie dobrze było mieć teraz Morpheusa na miejscu, z tym jego wyczulonym trzecim okiem, które prawie nigdy nie mrugało, podobnie jak pozostałych dwoje. - Kazali szukać czegoś konkretnego, czy mamy bawić się w grabarzy?
Departament Tajemnic zawsze trzymał rękę na pulsie, ale tym razem, Alexander był na miejscu przed wszystkimi.
Widać były jeszcze na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się jego przełożonym.
A już myślał, że może mieć parę dni spokoju.
Windermere nie wyglądało na miejsce, które nękali nieumarli. O ile nie liczyć tej popierdolonej Moody, której posępnej obecności nie sposób było nie zauważyć w niewielkim ośrodku, kiedy obłąkańczo snuła się pośród cieni. Artystka ze spalonego psychiatryka. Patrząc w jej stronę, Mulciber miał aż ochotę zgrzytnąć zębami, bo nie potrafił stwierdzić, czy ta rzeczywiście jest szalona, czy tylko naćpana - ten dylemat znał aż nazbyt dobrze z autopsji - szybko odwracał więc wzrok, bo myślał, że go zaraz popierdoli. Czy on też tak wyglądał w szczycie swojego uzależnienia? Wtedy, kiedy chciał się zabić? Przez ostatni miesięc, tuż po aferze z Donaldem, kiedy nie potrafił odróżnić snu od jawy? Teraz?
Nie chciał dać po sobie znać, że jest spięty. Nie mógł pozbyć się jednak wrażenia, że przyjazd tutaj był błędem.
Bo w Windermere gościło na wakacjach pół magicznego Londynu, a drugie pół zwaliło się tu dzisiaj: uzdrowiciele, brygadziści, aurorzy, dziennikarze... Jeszcze, kurwa, jego żony tu brakowało.
Bo dzisiaj nad ranem wyciągnął ze swojej zapasowej talii odwróconą Trójkę mieczy. Przekonany, że karty dalej sobie kpią z jego obaw - że próbują zwieść go rozkosznymi obietnicami lepszej przyszłości, na którą już dawno przestał liczyć - wyszedł, wkurwiony, na molo, gdy słońce dopiero zaczynało wschodzić, i wypierdolił przeklętą kartę do wód jeziora.
Bo te pierdolone kostki astragaloi pokierowały ich właśnie tutaj, właśnie teraz, co nie mogło być przypadkiem.
Longbottom musiał wiedzieć, jakie pytanie kotłowało się Mulciberowi w głowie, ale, ze względu na obecność Ambrosii, Alexander zadał je na głos.
- Miałeś może jakąś... wizję?
Nieżyjący, ale i nieumarli, gdzieś na granicy dwóch światów...Tak jak Donald, pomyślał z niechęcią o hospitalizowanym w Lecznicy Dusz bracie. Wciąż mu się czasem śnił. Prawą rękę zacisnął na schowanej w kieszeni różdżce, tak silnie, że poczuł paznokcie wbijające się we wnętrze dłoni. Donald, który niegdyś jawił się w jego snach jako zawistne, przepełnione chęcią zemsty, ożywione truchło, teraz przypominał bardziej niemego fantoma, zjawę pozbawioną ciała i realnej siły sprawczej, by kogokolwiek skrzywdzić. Nie żył, tylko trwał... Gdzieś w zawieszeniu, w nieustannym limbo. Na tę myśl, Alexander odwrócił na chwilę twarz w stronę Ambrosii, która stała z nim pod rękę, jakby kontrolnie omiatając wzrokiem jej dotąd nieprzeniknione oblicze. Uśmiechnął się do niej lekko, unosząc nieznacznie kąciki ust, niemalże odruchowo - jak zawsze, kiedy na nią patrzył - dlatego, że chciał ją uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie w najlepszym porządku, chociaż nic nie wydawało się w porządku - a może dlatego, że po prostu mógł, bo przecież byli tutaj razem.
Mulciber nie bał się umarłych, ale bał się bólu, jaki malował się na twarzy Ambrosii, kiedy ta doznawała wizji Limbo - bał się jej płaczu, który przypominał wtedy zew wieczności - a jeszcze bardziej bał się jej milczenia, grobowej ciszy, która zapadała, gdy kobieta nie była w stanie wydusić z siebie słowa.
- Były jakieś dodatkowe polecenia z góry? - zapytał cicho Morpheusa - och, Mulciber czuł, że mógłby teraz zmówić modlitwę do władcy światła, Apollona, do którego tak często wołał z weneracją Longbottom, albo innego cudzoziemskiego boga, choć przecież wolał oddawać cześć bardziej przyziemnemu bóstwu, choćby temu, które uwiesiło się jego ramienia! - bo tak cholernie dobrze było mieć teraz Morpheusa na miejscu, z tym jego wyczulonym trzecim okiem, które prawie nigdy nie mrugało, podobnie jak pozostałych dwoje. - Kazali szukać czegoś konkretnego, czy mamy bawić się w grabarzy?
Departament Tajemnic zawsze trzymał rękę na pulsie, ale tym razem, Alexander był na miejscu przed wszystkimi.
Widać były jeszcze na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się jego przełożonym.
A już myślał, że może mieć parę dni spokoju.
Windermere nie wyglądało na miejsce, które nękali nieumarli. O ile nie liczyć tej popierdolonej Moody, której posępnej obecności nie sposób było nie zauważyć w niewielkim ośrodku, kiedy obłąkańczo snuła się pośród cieni. Artystka ze spalonego psychiatryka. Patrząc w jej stronę, Mulciber miał aż ochotę zgrzytnąć zębami, bo nie potrafił stwierdzić, czy ta rzeczywiście jest szalona, czy tylko naćpana - ten dylemat znał aż nazbyt dobrze z autopsji - szybko odwracał więc wzrok, bo myślał, że go zaraz popierdoli. Czy on też tak wyglądał w szczycie swojego uzależnienia? Wtedy, kiedy chciał się zabić? Przez ostatni miesięc, tuż po aferze z Donaldem, kiedy nie potrafił odróżnić snu od jawy? Teraz?
Nie chciał dać po sobie znać, że jest spięty. Nie mógł pozbyć się jednak wrażenia, że przyjazd tutaj był błędem.
Bo w Windermere gościło na wakacjach pół magicznego Londynu, a drugie pół zwaliło się tu dzisiaj: uzdrowiciele, brygadziści, aurorzy, dziennikarze... Jeszcze, kurwa, jego żony tu brakowało.
Bo dzisiaj nad ranem wyciągnął ze swojej zapasowej talii odwróconą Trójkę mieczy. Przekonany, że karty dalej sobie kpią z jego obaw - że próbują zwieść go rozkosznymi obietnicami lepszej przyszłości, na którą już dawno przestał liczyć - wyszedł, wkurwiony, na molo, gdy słońce dopiero zaczynało wschodzić, i wypierdolił przeklętą kartę do wód jeziora.
Bo te pierdolone kostki astragaloi pokierowały ich właśnie tutaj, właśnie teraz, co nie mogło być przypadkiem.
Longbottom musiał wiedzieć, jakie pytanie kotłowało się Mulciberowi w głowie, ale, ze względu na obecność Ambrosii, Alexander zadał je na głos.
- Miałeś może jakąś... wizję?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat