- Tak, dokładnie tak było, plus na moje te dziadki dawno powinny zrezygnować ze swoich stołków i dać przejąć władzę świeżej krwi. - Dodała jeszcze. Wynikało to pewnie z tego, że Yaxley nie znosiła podlegać komukolwiek, nie potrafiła wykonywać poleceń, czuła się wtedy, jakby powoli jakaś pętla zaciskała się na jej szyi. Wolność była cechą, którą za bardzo sobie ceniła. Niestety więc nie była w stanie tego pogodzić z pracą w ministerstwie, wiedziała, że prędzej, czy później by się pożegnali, wolała zrobić to wcześniej, bez niepotrzebnych skandali.
- Widzę, że nie tylko moja rodzina wydaje się być tym nieco zaniepokojona. - Dodała z uśmiechem. Dobrze było wiedzieć, że nie tylko jej rodzice lubią wsadzać nos w nieswoje sprawy. Był to jeden z powodów, przez który unikała rodzinnego domu. Szczególnie matka miała takie zapędy, lubiła jej przypominać, że jest już stara i powinna się ustatkować, dobre sobie. Yaxley zdecydowanie nie było do tego blisko i pewnie nigdy nie będzie, dlatego też po prostu unikała kontaktu, poza tym, gdzie faktycznie wypadałoby się pokazać.
Było jej z tym właściwie dobrze, bo sama nie zakładała nigdy, że poza pracą coś spektakularnego osiągnie, to wydawała się być jedyna dziedzina życia, w której potrafiła się jakoś odnaleźć, bo w całej reszcie błądziła niczym dziecko we mgle, jakby była w pewien sposób nieprzystosowana. Trochę się jej nie ma co dziwić, surowe wychowanie robiło swoje, a dodatkowo ta dzikość, która powodowała, że była odmieńcem. Nie odnajdywała się jakoś specjalnie wśród ludzi, przynajmniej wśród tłumów, dobrze jej było na uboczu, kiedy mogła zajmować się swoimi sprawami.
- Prześladują nas dzisiaj, ale hej, to nic złego. - Uniosła w górę szkło, wypiła jego zawartość jednym haustem i dołączyła do śpiewającego tłumu, nie czuła zażenowania, wcale.