19.12.2022, 10:59 ✶
Stan szlamy niezbyt go interesował, ale potrafił zadbać o to aby sprawiać zdecydowanie inne wrażenie. Dopiero po chwili zauważył kolejny plus wynikły z sytuacji, mianowicie jego pobyt tutaj, zajęcie się ratowaniem wiedźmy, która przecież należała do tych uciskanych jest dobrym chwytem wizerunkowym. Nie był bezduszną twarzą z okładki, ale kimś kto pomagał biednej kobiecie, nieświadomy jej statusu krwi. Ot, ruszył na ratunek, nie dbając o własne bezpieczeństwo, nie był więc tylko celebrytą ale miał otwarte serce. To będzie dobrze wyglądać jeśli coś pójdzie nie tak, a wielkie plany zniszczenia świata mugoli po prostu padną. Był osobą pragmatyczną, więc patrzył w przyszłość z umiarkowanym zainteresowaniem, a całkowicie bez entuzjazmu. Matka dawniej mówiła, że należy zawsze założyć najgorszy scenariusz; po pierwsze wtedy nie było się rozczarowanym kiedy świat działał inaczej niż się założyło, a po drugie kiedy coś szło dobrze można było się pozytywnie zaskoczyć. Nie uważał aby potrzebował jakichś pozytywnych zaskoczeń, ale zdecydowanie trzymanie się daleko od rozczarowań było sensowne i chroniło jego samego, a także wszystkich wokoło, bowiem Corvus był osobą niezwykle dynamiczną, gwałtowną i gotową podpalić świat wokoło siebie gdy coś nie szło po jego myśli. Nawet najgorszy plan miał się ułożyć tak jak chciał, inaczej najpierw pojawiała się destrukcja a dopiero później analityczne myślenie. Wiele rzeczy skończyło swój żywot rzucone o ściany, zniszczone magią czy krótkim nożem gdy zajmował się akurat obrazem, który go rozczarował.
Wymagał bowiem wiele od innych, być może zbyt dużo, ale od siebie wymagał zawsze więcej. On musiał być idealny, bez żadnej skazy, utrzymać pewną równowagę między życiem jakie wiódł i jakie prowadził na pokaz. Tak jak teraz, gdy dbał o to żeby szlama przeżyła, aby została zaopiekowana żeby później stać się ofiarą, podbudować wizję szlamy jako czarodzieja niemalże obłąkanego, który gotów jest narazić swoje życie aby tylko dopiec innym, gotowego zrobić z siebie ofiarę w oczach społeczeństwa kiedy jest obrzydliwym przestępcą. Zdecydowanie nie mógł się doczekać zobaczenia jak się to skończy, co będzie dalej gdy kobieta zacznie radzić sobie z samosądami, wymierzonymi przez mieszkańców. Lincz nie był niczym nadzwyczajnym, istniał w świecie od zawsze, nieraz to od niego rozpoczynała się historia, a niekiedy do niego zmierzała. To społeczne nastroje dominowały nad politycznymi opcjami, sam Lord Voldemort nie miałby takiego przebicia gdyby nie pociągnął za sobą ludzi chcących rewolucji, w wielu przypadkach po prostu rozlewu krwi a niekiedy szukających sposobu na rozładowanie własnych frustracji które swoje odbicie znajdują w osobach urodzonych gorzej niż jako czystokrwiści. Co kierowało nim samym? Niektórzy po prostu lubili patrzeć jak świat płonie, bardziej epicko niźli ten dom. Pragnął zmian, obecne czasy nie tylko dawały możliwości zmiany pod kątem pozbycia się niegodnych magii, ale też zamieszanie tworzyło tło na którym można było posiąść więcej wiedzy zakazanej, w końcu, nieważne jakie są metody, ale czy działają gdy wokoło trwa chaos, prawda? Kto patrzyłby na ręce Francuza w angielskim otoczeniu, gdy ludzie umierają?
Poprawił płaszcz, wyżej stawiając kołnierz aby osłonić się od zimnego wiatru szarpiącego jego ubraniem. Było chłodno, zwłaszcza odczuwalna temperatura była w momencie gdy zgliszcza zostały dogaszone. Ogień zniknął, zabierając ze sobą ciepło, a także przede wszystkim światło, co sprawiło, że jak kilku innych czarodziejów po prostu użył Lumos aby oświetlić zarówno swoją drogę jak i blondynkę, która zajęła się kwiatem. Było w tym coś absurdalnego kiedy tak pieczołowicie dbała o roślinę, nie tak dawno przecież ratując kobietę z objęć ognia, ale nie negował jej skali wartości, szlama zawsze znaczyła mniej niż wszystko inne. Na słowa blondynki skinął głową, nie musiała mu dziękować, ale przyjmował jej słowa. Zauważył też, że magomedyk znalazł wreszcie osobę potrafiącą się teleportować z innymi osobami, a do samego budynku zbliżali się ewidentnie aurorzy, aby zbadać miejsce. Cóż, nic więc tu po nim. Nie uciekał też przed wymiarem sprawiedliwości, a nie chciał być bohaterem, przyciągać uwagi do siebie podczas gdy to inni zrobili więcej, czy inne tłumaczenie jakie dopasuje sobie później gazeta, nie mając zapewne śmiałości wystąpić przeciwko nazwisku. Pomówienia, były bowiem mocno piętnowane przez samych celebrytów czy też ich prawników, a jego było stać na najlepszego.
— Odprowadzić cię, mademoiselle? Łatwiej będzie zadbać o roślinę w domu niż tutaj, na zimnie. — zaproponował blondynce, wplatając nie tylko francuski wyraz ale i barwiąc całą wypowiedź swoim charakterystycznym akcentem sugerującym pochodzenie z Francji, zresztą prawidłowo. Nie tylko istotnie pochodził z Francji, ale także ta była dla niego w pewnym sensie ważna. Mimo to jednak nie zamierzał jakoś specjalnie bronić swojego kraju, zwłaszcza przed wizją typowego Francuza, co to nie grzeszy odwagą a poza tym towarzyszy mu zawsze bagietka i butelka wina. Nie uchodził bowiem za wyjątkowego patriotę, a narodowe żarty po prostu go omijały.
Poczekał cierpliwie na odpowiedź kobiety, dając jej wybór. Mogła się zgodzić, mogła też mu odmówić, w obu przypadkach zamierzał już powoli opuścić to miejsce, pamiętając o tym aby nie biegać podczas swoistej ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości, który chciał przyjąć na rozmowę, i owszem, ale nie tutaj, gdzie po prostu estetycznie nie pasowało mu otoczenie do ważnych rozmów. Nic nie mógł na to poradzić, że miał swoje wymagania względem wszystkiego wokoło swojej osoby. Co prawda, Trzy Miotły nie były wyjątkowo wysoko w tym rankingu estetycznych miejsc, ale wyżej niż ruiny domu Szlamojebcy, zwłaszcza gdy z ognia został jedynie dym gryzący swoim smrodem, roznoszący się po ziemi. Starał się przez to oddychać płytko aby nie pozwolić sobie na to żeby wdychać zbyt dużo zapewne toksyn które musiały znajdować się w tanich farbach do malowania pomieszczeń. Nie podejrzewał aby ta dysfunkcyjna rodzina w której czarodziej poślubia byle szlamę, inwestowała w lepsze materiały do budowy domu.
Uniósł nieco różdżkę, zmieniając kąt padania światła na znacznie większy, obejmujący obszar wokoło niego i rośliniary, gdy niebieskie oczy Francuza przesunęły się jeszcze po ścieżce prowadzącej do oświetlonego teraz Hogsmeade, które tej Wigilii zapewne już nie zaśnie.
Wymagał bowiem wiele od innych, być może zbyt dużo, ale od siebie wymagał zawsze więcej. On musiał być idealny, bez żadnej skazy, utrzymać pewną równowagę między życiem jakie wiódł i jakie prowadził na pokaz. Tak jak teraz, gdy dbał o to żeby szlama przeżyła, aby została zaopiekowana żeby później stać się ofiarą, podbudować wizję szlamy jako czarodzieja niemalże obłąkanego, który gotów jest narazić swoje życie aby tylko dopiec innym, gotowego zrobić z siebie ofiarę w oczach społeczeństwa kiedy jest obrzydliwym przestępcą. Zdecydowanie nie mógł się doczekać zobaczenia jak się to skończy, co będzie dalej gdy kobieta zacznie radzić sobie z samosądami, wymierzonymi przez mieszkańców. Lincz nie był niczym nadzwyczajnym, istniał w świecie od zawsze, nieraz to od niego rozpoczynała się historia, a niekiedy do niego zmierzała. To społeczne nastroje dominowały nad politycznymi opcjami, sam Lord Voldemort nie miałby takiego przebicia gdyby nie pociągnął za sobą ludzi chcących rewolucji, w wielu przypadkach po prostu rozlewu krwi a niekiedy szukających sposobu na rozładowanie własnych frustracji które swoje odbicie znajdują w osobach urodzonych gorzej niż jako czystokrwiści. Co kierowało nim samym? Niektórzy po prostu lubili patrzeć jak świat płonie, bardziej epicko niźli ten dom. Pragnął zmian, obecne czasy nie tylko dawały możliwości zmiany pod kątem pozbycia się niegodnych magii, ale też zamieszanie tworzyło tło na którym można było posiąść więcej wiedzy zakazanej, w końcu, nieważne jakie są metody, ale czy działają gdy wokoło trwa chaos, prawda? Kto patrzyłby na ręce Francuza w angielskim otoczeniu, gdy ludzie umierają?
Poprawił płaszcz, wyżej stawiając kołnierz aby osłonić się od zimnego wiatru szarpiącego jego ubraniem. Było chłodno, zwłaszcza odczuwalna temperatura była w momencie gdy zgliszcza zostały dogaszone. Ogień zniknął, zabierając ze sobą ciepło, a także przede wszystkim światło, co sprawiło, że jak kilku innych czarodziejów po prostu użył Lumos aby oświetlić zarówno swoją drogę jak i blondynkę, która zajęła się kwiatem. Było w tym coś absurdalnego kiedy tak pieczołowicie dbała o roślinę, nie tak dawno przecież ratując kobietę z objęć ognia, ale nie negował jej skali wartości, szlama zawsze znaczyła mniej niż wszystko inne. Na słowa blondynki skinął głową, nie musiała mu dziękować, ale przyjmował jej słowa. Zauważył też, że magomedyk znalazł wreszcie osobę potrafiącą się teleportować z innymi osobami, a do samego budynku zbliżali się ewidentnie aurorzy, aby zbadać miejsce. Cóż, nic więc tu po nim. Nie uciekał też przed wymiarem sprawiedliwości, a nie chciał być bohaterem, przyciągać uwagi do siebie podczas gdy to inni zrobili więcej, czy inne tłumaczenie jakie dopasuje sobie później gazeta, nie mając zapewne śmiałości wystąpić przeciwko nazwisku. Pomówienia, były bowiem mocno piętnowane przez samych celebrytów czy też ich prawników, a jego było stać na najlepszego.
— Odprowadzić cię, mademoiselle? Łatwiej będzie zadbać o roślinę w domu niż tutaj, na zimnie. — zaproponował blondynce, wplatając nie tylko francuski wyraz ale i barwiąc całą wypowiedź swoim charakterystycznym akcentem sugerującym pochodzenie z Francji, zresztą prawidłowo. Nie tylko istotnie pochodził z Francji, ale także ta była dla niego w pewnym sensie ważna. Mimo to jednak nie zamierzał jakoś specjalnie bronić swojego kraju, zwłaszcza przed wizją typowego Francuza, co to nie grzeszy odwagą a poza tym towarzyszy mu zawsze bagietka i butelka wina. Nie uchodził bowiem za wyjątkowego patriotę, a narodowe żarty po prostu go omijały.
Poczekał cierpliwie na odpowiedź kobiety, dając jej wybór. Mogła się zgodzić, mogła też mu odmówić, w obu przypadkach zamierzał już powoli opuścić to miejsce, pamiętając o tym aby nie biegać podczas swoistej ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości, który chciał przyjąć na rozmowę, i owszem, ale nie tutaj, gdzie po prostu estetycznie nie pasowało mu otoczenie do ważnych rozmów. Nic nie mógł na to poradzić, że miał swoje wymagania względem wszystkiego wokoło swojej osoby. Co prawda, Trzy Miotły nie były wyjątkowo wysoko w tym rankingu estetycznych miejsc, ale wyżej niż ruiny domu Szlamojebcy, zwłaszcza gdy z ognia został jedynie dym gryzący swoim smrodem, roznoszący się po ziemi. Starał się przez to oddychać płytko aby nie pozwolić sobie na to żeby wdychać zbyt dużo zapewne toksyn które musiały znajdować się w tanich farbach do malowania pomieszczeń. Nie podejrzewał aby ta dysfunkcyjna rodzina w której czarodziej poślubia byle szlamę, inwestowała w lepsze materiały do budowy domu.
Uniósł nieco różdżkę, zmieniając kąt padania światła na znacznie większy, obejmujący obszar wokoło niego i rośliniary, gdy niebieskie oczy Francuza przesunęły się jeszcze po ścieżce prowadzącej do oświetlonego teraz Hogsmeade, które tej Wigilii zapewne już nie zaśnie.
And when you kill a man, you're a murderer;
Kill many, and you're a conqueror;
Kill them all... Oh, you're a god.
Kill many, and you're a conqueror;
Kill them all... Oh, you're a god.