22.04.2024, 12:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2024, 12:53 przez Millie Moody.)
Musiała przyznać, że bardzo jej się ten zjazd rodzinny podobał, nawet jeśli nie było pośród pensjonariuszy najważniejszej osoby w jej marnym życiu, to jednak widok niemal wszystkich kuzynów brzmiał jak bardzo zabawny żart. Ilu Trelawneyów potrzebnych jest do wkręcenia żarówki? To pytanie chodziło jej po głowie, kiedy w ciągu kilku ostatnich dni mogła w swoim szkicowniku odtworzyć całkiem pięknie drzewo genealogiczne jednej z najbardziej popierdolonych rodzin magicznych. Kiedy coś się gdzieś odjebuje z aurą, kiedy ktoś napomknie przypadkiem o nieumarłych, kiedy coś zaśmierdzi limbo, Trelawneyowie zlatują się jak muchy do gówna.
A więc była i ona. Czerwony pieprzony kapturek, choć akurat karminowy kaszmirowy sweterek nie był podarkiem od dawno nieżyjącej babci (tak w temacie nieboszczyków), tylko od całkiem żywego papy Morfiny, który interesował się nią bardziej niż jej zachlany aurorzy ojciec. Już w Lecznicy Dusz padła sugestia, że jej halucynacje mogą nie mieć chorobowego podłoża, wtedy myślała, że po prostu chce być miły i pomóc jej wyrwać się z białych murów, teraz jednak czuła mocno badawcze spojrzenie czarnych oczu na chudej białej szyi przykrytej kaskadą leistych czarnych włosów. Ubrała się w prezent, w kwiaciastą koszulę i sweter czerwony jak krew. Potrzebujesz w swoim życiu trochę kolorów, mówił jej, a ona zastanawiała się ile sił trzeba by wyrwać komuś język i jak ten ciepły, lepki organ układałby się jej w dłoni.
Teraz stali tu w piątkę, Mildred tuż przy Morpheusie, tak by wysoki mag oddzielał przestrzeń między nią a Alexandrem - swoim zdecydowanie antyulubionym wspomnieniem z Hogwartu. Jebany dupek, co on tutaj robił, psuł tylko atmosferę swoim głupim ryjem i drażniącym w uszy głosem. Brunetka zaakceptowałaby jego obecność tylko wtedy, gdyby w końcu przestał pierdolić i użalać się nad sobą i światem, a potem ohajtał się z Rózią, która bujała się w nim od lat, do kurwy nędzy niech chociaż ktoś będzie miał z tego grona szczęśliwe zakończenie! Ale trzymała ryj a kłódkę, bo nie chciała mieć beefa z ulubioną kuzynką, która nie tyle skopałaby jej kostki, co po prostu nigdy więcej się nie odezwała. A Millie mimo swojej odpychającej...odpychającego wszystkiego, była bardzo społeczną istotą.
– Nad jeziorem kilka dni temu aurowidz widział otulającą, bezpieczną aurę fioletu i atakującą ją czerń z wody. Myślę, że powinniśmy zacząć tam – powiedziała, łypiąc na nich defensywnie lśniącymi złocistymi oczami. Ręce miała w kieszeniach czarnych obcisłych jeansów, tak żeby nimi nie machać, albo żeby nie wykręcać sobie kostek. I tylko stópka ukryta w czarnym ciężkim glanie podrygiwała zdradzając niepokój. A może ekscytację? Może oba.
Oblizała się, uciekając wzrokiem w kierunku jeziora i pomostu.
– Myślimy, że mamy wiele opcji – pozycja siódma - osiem buław, – a inni sądzą, że nasza sprawa jest przegrana – brak aurowidza w składzie, przeciągające się problemy z Knieją i oczywiście pozycja ósma dziesiątka mieczy – Ale po prostu ktoś pozazdrościł temu miejscu spokojności i ciszy– mały krzyż, kluczowy krzyż, nazwanie problemu: dziesiątka denarów przecięta odwróconym rycerzem miecz. – W grę wchodzi potężna magia, a spokój arcykapłanki wypiera jadowity uśmiech piątki mieczy – półświadomie powiedziała jednak to co myślała, odtwarzając w głowie układ, który rozłożyła sobie rano na poczet węszenia po ośrodku. A więc pozycja czwarta i szósta, czy blotka jest wstanie pokonać wielkie arkanum? – To byłoby na prawdę... – rzuciła okiem na starszego obok maga, takiego poważnego, takiego cieszącego się szacunkiem jebaki i wyszczerzyła w serdecznie złośliwym uśmiechu. Może i ubrała się ładnie, może brała leki, które czyniły z nią tępą bułę, ale czy to wystarczało, żeby zmienić lata życia? – ...musielibyśmy być kurwa ślepi, żeby przegapić źródło energii i pojebaństwa tego miejsca.
Może pytanie powinno brzmieć ile wróżbitów jest potrzebnych do wkręcenia żarówki? W głowie obstawiała, który pierwszy wyciągnie swoje wahadełko.
Odkryj wiadomość pozafabularną
!3energiawindermere
A więc była i ona. Czerwony pieprzony kapturek, choć akurat karminowy kaszmirowy sweterek nie był podarkiem od dawno nieżyjącej babci (tak w temacie nieboszczyków), tylko od całkiem żywego papy Morfiny, który interesował się nią bardziej niż jej zachlany aurorzy ojciec. Już w Lecznicy Dusz padła sugestia, że jej halucynacje mogą nie mieć chorobowego podłoża, wtedy myślała, że po prostu chce być miły i pomóc jej wyrwać się z białych murów, teraz jednak czuła mocno badawcze spojrzenie czarnych oczu na chudej białej szyi przykrytej kaskadą leistych czarnych włosów. Ubrała się w prezent, w kwiaciastą koszulę i sweter czerwony jak krew. Potrzebujesz w swoim życiu trochę kolorów, mówił jej, a ona zastanawiała się ile sił trzeba by wyrwać komuś język i jak ten ciepły, lepki organ układałby się jej w dłoni.
Teraz stali tu w piątkę, Mildred tuż przy Morpheusie, tak by wysoki mag oddzielał przestrzeń między nią a Alexandrem - swoim zdecydowanie antyulubionym wspomnieniem z Hogwartu. Jebany dupek, co on tutaj robił, psuł tylko atmosferę swoim głupim ryjem i drażniącym w uszy głosem. Brunetka zaakceptowałaby jego obecność tylko wtedy, gdyby w końcu przestał pierdolić i użalać się nad sobą i światem, a potem ohajtał się z Rózią, która bujała się w nim od lat, do kurwy nędzy niech chociaż ktoś będzie miał z tego grona szczęśliwe zakończenie! Ale trzymała ryj a kłódkę, bo nie chciała mieć beefa z ulubioną kuzynką, która nie tyle skopałaby jej kostki, co po prostu nigdy więcej się nie odezwała. A Millie mimo swojej odpychającej...odpychającego wszystkiego, była bardzo społeczną istotą.
– Nad jeziorem kilka dni temu aurowidz widział otulającą, bezpieczną aurę fioletu i atakującą ją czerń z wody. Myślę, że powinniśmy zacząć tam – powiedziała, łypiąc na nich defensywnie lśniącymi złocistymi oczami. Ręce miała w kieszeniach czarnych obcisłych jeansów, tak żeby nimi nie machać, albo żeby nie wykręcać sobie kostek. I tylko stópka ukryta w czarnym ciężkim glanie podrygiwała zdradzając niepokój. A może ekscytację? Może oba.
Oblizała się, uciekając wzrokiem w kierunku jeziora i pomostu.
– Myślimy, że mamy wiele opcji – pozycja siódma - osiem buław, – a inni sądzą, że nasza sprawa jest przegrana – brak aurowidza w składzie, przeciągające się problemy z Knieją i oczywiście pozycja ósma dziesiątka mieczy – Ale po prostu ktoś pozazdrościł temu miejscu spokojności i ciszy– mały krzyż, kluczowy krzyż, nazwanie problemu: dziesiątka denarów przecięta odwróconym rycerzem miecz. – W grę wchodzi potężna magia, a spokój arcykapłanki wypiera jadowity uśmiech piątki mieczy – półświadomie powiedziała jednak to co myślała, odtwarzając w głowie układ, który rozłożyła sobie rano na poczet węszenia po ośrodku. A więc pozycja czwarta i szósta, czy blotka jest wstanie pokonać wielkie arkanum? – To byłoby na prawdę... – rzuciła okiem na starszego obok maga, takiego poważnego, takiego cieszącego się szacunkiem jebaki i wyszczerzyła w serdecznie złośliwym uśmiechu. Może i ubrała się ładnie, może brała leki, które czyniły z nią tępą bułę, ale czy to wystarczało, żeby zmienić lata życia? – ...musielibyśmy być kurwa ślepi, żeby przegapić źródło energii i pojebaństwa tego miejsca.
Może pytanie powinno brzmieć ile wróżbitów jest potrzebnych do wkręcenia żarówki? W głowie obstawiała, który pierwszy wyciągnie swoje wahadełko.
![[Obrazek: qW7mL5h.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qW7mL5h.jpeg)
!3energiawindermere