Ludzie, którzy mieli posturę Geraldine, byli dla niego potencjalnie największym zagrożeniem. Nie dlatego, że ona była łowczynią. Dlatego, że wystarczyłby pewnie jeden jej ruch, którego nawet by nie zdążył zauważyć, a już z jego płuc wydobywałby się ostatni oddech. Ten ostatni oddech, na który było go stać. Ostatni, którym mógł się zachwycić z myślą, że nie poczuje ani jednej orzeźwiającej bryzy na swojej twarzy. Za pierwszym razem spoglądał ostrożniej na tę kobietę, brał pod uwagę to, czym się zajmuje i nakreślenie granic, co jej odpowiada a co nie uważał za konieczność. Szczególnie, że sam był istotą, na którą mogłaby potencjalnie polować. Większość z selkie była niegroźna zupełnie, nawet niezainteresowana ludźmi. Zbierały swoje skarby, wyjadały ulubione owoce morza i wylegiwały się w słońcu, czasem śpiewając dla siebie, czasem dla innych, żeby przynieść im lepszy dzień. Ale potem była ich druga strona, jak strona każdego człowieka. Ta, w którym wabiły do morza, rozrywały na kawałku i wgryzały się niepozornymi kłami w szyję. Słodka foka potrafi się bardzo szybko zamienić w przerażającego drapieżnika, jeśli tylko dasz jej do tego okazję czy powód. Laurent nie myślał o walczeniu z Geraldine i przez myśli mu nie przechodziło, że ona może się go obawiać. Coś, co tobie wydaje się oczywiste, przekładało się na nasze spoglądanie na innych ludzi. Bo przecież jak tu myśleć, że ona naprawdę mogła sądzić, że mógł czarować czymś więcej niż słowem, skoro przecież nigdy nie użyłbyś tego daru w złym celu! Nastawało pytanie: czym był ten zły cel..? Błogo nieświadomy więc uśmiechał się z ulgą, że może zapomnieć o swoim nędznym poranku i dalej nieco bolącym brzuchu i zająć czymś przyjemnym. Skupić na towarzystwie osoby, która kiedyś wydawała mu się groźna, a teraz tylko admirował grozę, jaką mogła siać u innych.
- Są moimi przyjaciółmi, towarzyszami. Wygrały dla mnie kilka zawodów, włożyłem w ich wychowanie ogrom wysiłku. - Szczególnie Michael, który był jego... najlepszym przyjacielem? Chyba na zdrowie mu wyszło, że pojawiła się też Victoria, której mógł powierzyć więcej sekretów i czuł się przy niej swobodnie w swojej rozbrojonej formie. Każdy powinien mieć taką osobę przy sobie. Absolutnie każdy. Trzymanie tego wszystkiego w sobie dusiło człowieka. Tak jak Yaxley nie powinna się topić w szklance whiskey w samotności. Nie zrozumiał pytania w takim odniesieniu, w jakim zadała je Geraldine, bo sam miał na myśli kilka bardzo konkretnych abraksanów spośród wielu, jakie się tutaj wałęsały. Jeden z nich właśnie rzucił na nich cień, przelatując wysoko nad ich głowami. - Hahaha, bardzo się cieszę. - Przymknął aż oczy w uśmiechu, czując przyjemne ciepło rozpełzające pod jego skórą, które nie miało niczego wspólnego ze słońcem. To słońce tylko dopełniało uczucie, a nie je budowało. - Przyznam ci, tak między nami, że tworzysz wokół siebie bardzo swobodną atmosferę gawędziarstwa. Mówił ci to już kiedyś? - Taką, że miałeś wrażenie, że możesz powiedzieć wszystko, najwyżej Geraldine zrobi dziwną minę, albo wzruszy ramionami na potwierdzenie, że okej, słyszała, ale w sumie ni chuja nie wie, co ty do niej pierdolisz. Nie potrafił strzelić, czy już to słyszała, czy może nie, ale powinna.
- Początek może być bardziej nudny niż trudny. Jeżdżenie w kółko za ogrodzeniem nie jest zbyt ekscytujące. - Nie chciał, żeby pomyślała, że od razu przejdą do szalonych gonitw - to było niebezpieczne i dla konia i dla Geraldine. Niektórzy też mieli wielkie oczekiwania, kiedy jazdę zaczynali, tymczasem jak wszystko - wymagało to nauki, a nauka wymagała odrobiny cierpliwości. Nie wiedział, jak sama łowczyni do tych spraw podchodziła. - Porobicie kółka na wyciągnięcie lonży, żebyś mogła wyczuć konia. Każdy jego krok ma znaczenie. To do niego musi się dopasować twój rytm ciała. A na wyższym poziomie - to ty dopasujesz konia do siebie. - Przy odpowiednim wyczuleniu wszystko to działo się naturalnie. I dlatego uważał, że Geraldine bardzo szybko sobie poradzi. Ona to wyczucie miała. - Potem cię odepnę i nie krępuj się poeksperymentować co się będzie działo, kiedy spróbujesz skręcać klacz. Tylko nie naciskaj jej boków, żeby nie przyśpieszyła. - Przypomniał. Laurent zamknął za nimi bramę ogrodzenia, rozwinął lonżę i stanął na środku. - Na początku zazwyczaj i koń i jeździec się poznają. Koń próbuje zobaczyć, na ile może sobie pozwolić. Będzie próbował zabierać ci lejce, wydłużając je sobie, nie reagować na twoje dociskanie nóg, czy ignorować to, gdzie chcesz skręcić. Nie możesz na to pozwolić. Koń musi wiedzieć, że możesz go kochać, głaskać i bawić się z nim, ale kiedy przychodzi co do czego to ty tutaj dowodzisz. To nie jest robienie koniu krzywdy, wręcz przeciwnie. Natomiast należy to robić z szacunkiem. Ludzie sięgający po baty to ludzie, którzy nie rozumieją jeździectwa. - Bardzo prosty sposób na przyśpieszanie konia i wywieranie na nim presji, ale to nie budowało wcale więzi. Przecież nad dzieckiem nikt nie stawał z batem... choć w przypadku społeczności czystej krwi to wcale nie było oczywiste.