Nie mogło być zbyt kolorowo. Gdy było dobrze, wszystko musiało się spierdolić. Czyż nie? Przywykła do tego, zdziwiłaby się, gdyby było inaczej. Całkiem przyjemny czas spędzony na łonie natury został przerwany informacją o zaginięciu, i żywych trupach. To miejsce wcale nie wyglądało jak plac zabaw dla nieumarłych. Nic nie wydawało się na to wskazywać, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wzbudziło w niej to niemałe zainteresowanie.
Nie należała do osób, które odmawiają pomocy, w końcu była nadzieja, że uratują chociaż jedno życie, dlaczego by więc nie spróbować odnaleźć zagubionego mężczyzny? Była przecież wprawioną łowczynią, nie powinna mieć problemu z wytropieniem zwierzyny, no w tym wypadku człowieka, ale właściwie nie różniło się to od tego, czym zajmowała się na co dzień. Oczywiście więc bardzo chętnie zaangażowała się w sprawę.
Wyglądała nieco inaczej, niż wtedy, gdy znalazła się w tym ośrodku. W końcu ten wyjazd trochę zamienił się w pracę. Na całe szczęście zawsze zabierała ze sobą choć część ze swojego sporego arsenały broni, nigdy nie wiadomo, kiedy mógłby się przydać. Przezorność w tym wypadku jej nie zawiodła. Ubrana w skórzane spodnie, ciężkie, zdecydowanie wysłużone już buty ze smoczej skóry i flanelową koszulę pojawiła się na molo. U pasa bystre oko mogło zobaczyć mieniący się w słońcu srebrny sztylet, jak zawsze zdecydowanie bardziej ceniła sobie swoje zdolności związane z bronią białą, to nigdy jej nie zawodziło, w przeciwieństwie do magii, która mogła zachowywać się różnie, chociaż różdżkę oczywiście też zabrała ze sobą. Na swojej umiejętności, wypracowane przez lata zawsze mogła liczyć. Włosy związała wysoko, żeby broń Merlinie nie przeszkadzały jej nawet przez chwilę.
Nieco zmartwiona była tym, że Esmé również postanowił wziąć udział w poszukiwaniach, bo nie chciała, żeby coś mu się stało, nie zamierzała jednak studzić jego zapału, będzie musiała po prostu uważać bardziej niż zwykle, bo już raz zawiodła osobę, na której jej zależało i zdecydowanie nie chciała tego powtórzyć. To mógłby być jej gwóźdź do trumny i zdawała sobie z tego sprawę. Będzie ostrożna.
Na molo dostrzegła inne znajome twarze. Paniczyk Prewett, z którym kilka razy współpracowała, wiedziała, że posiada umiejętności, które mogą się przydać nad jeziorem. Victoria Lestrange z którą miała przyjemność całkiem niedawno eksplorować magiczny statek, nie była, aż takim wrzodem na dupie jak inni pracownicy ministerstwa, nie powinny sobie wchodzić w drogę i Perseus Black, jego obecność nieco ją zdziwiła, był przecież medykiem, do tego z laską, widząc jednak uśmiech, który jej posłał zareagowała tym samym. Niezłą drużynę udało im się stworzyć, będzie musiała tylko znaleźć w niej swoje miejsce.
Powinni sobie poradzić. Przynajmniej taką miała nadzieję, nie lubiła pracować w grupie, zdecydowanie wolała sama brać odpowiedzialność za swoje życie, ale musiała się dostosować. Wsadziła sobie fajkę w usta, odpaliła ją i zaciągnęła się dymem, póki jeszcze nie weszli na te łódki. Woda wydawała się być spokojna, ale mogło się to zmienić w każdej chwili. Mieli dostać się na wyspę, nie wydawało się to szczególnie skomplikowane, przynajmniej z pozoru.
Paliła swoją fajkę szybko, bo wiedziała, że czas ich nagli. Musieli wsiadać na łódki, żeby dostać się do miejsca docelowego. Nie dopaliła szluga do końca, skończyła gdzieś w połowie, a później przydeptała niedopałek swoim butem. - To co, gotowi na wycieczkę? - Jakby wcale nie mieli płynąć na poszukiwanie zagubionego czarodzieja.