23.04.2024, 14:29 ✶
Gdy Brenna poprzedniego dnia zerknęła w kalendarz i zobaczyła, że jutro piątek trzynastego, przeszło jej przez głowę, że ciekawe, czy wpadnie znów - piąty już raz (w piątek trzynastego, bo wpadała na niego też w te daty z szóstkami i dziewiątkami) na Basiliusa Prewetta.
Akcja na Nokturnie o świcie zakończyła się dla niej złamaniem dwóch palców.
Nie było to nic wymagającego udania się do Munga, a już na pewno nie na wydział klątwołamania i niewłaściwego użycia czarów - wydawało się więc, że Brenna po prostu zostanie ogarnięta przez uzdrowiciela BUMu, wypije parę łyków Szkiele - wzro i wróci do domu, by kość do jutra się zaleczyła i że nie ma żadnego fatum piątkowego.
Gdy uzdrowiciel BUM próbował nastawić jej palec, coś wybuchło w pobliżu. Kość nie została nastawiona. Kość znikła, podobnie jak parę innych kości. Wizyta w Mungu stała się konieczna, bo ten przypadek już trochę ich magimedyka, udzielającego głównie pierwszej pomocy, przerastał.
Oczywiście, w teorii nie musiała trafić na Prewetta, ale gdy ten wszedł do poczekalni, gdzie kazano jej chwilę poczekać, Brenna była już pewna, że to do niego zostanie skierowana. I on też chyba się tego spodziewał, sądząc po tym, że zaczął mówić coś o "pewnej pacjentce". Chyba biedny człowiek miał jej już bardzo dość. Nie żeby nie była w stanie tego zrozumieć: gadatliwość, energiczność i ogólny chaos, jaki jej towarzyszył, sprawiały, że niektórzy woleli trzymać się z dala i ani trochę ich za to nie winiła.
Prawie mu współczuła.
- Cześć, Basilius - przywitała się, obdarzając go uśmiechem. Była w stanie wskazującym na ogólne poobijanie, ale nie dostrzegł nic zdumiewającego na pierwszy rzut oka... - Dziś chyba dość przeciętny przypadek. Zgubiłam kości - wyjaśniła, po czym uświadomiła sobie, jak to brzmi i uniosła prawą rękę, aby zademonstrować dziwnie oklapłe palce. Ach. No tak. - Znaczy się, usunięto mi kości z prawej dłoni. Ale Hady zapewniał, że to się czasem zdarza, i że da się je wyhodować z powrotem, tylko trzeba dobrze dobrać dawkę eliksiru i rzucić jakieś zaklęcie, by odrastając dobrze się wpasowały, a on u mnie nie chciał ryzykować, bo ja potrzebuję trochę większych dawek mikstur, a no i on mi te kości usunął, więc chyba trochę się stresował, że popsuje je jeszcze bardziej - zrelacjonowała. - Próbował je nastawić, bo były połamane - uzupełniła jeszcze.
Cóż, znikanie kości nie zdarzało się codziennie, ale nie było aż tak dziwaczne, jak tamte ciemne plamy albo starożytna klątwa, albo człowiek przemieniony eliksirem i transmutacją w wielkiego robaka.
Akcja na Nokturnie o świcie zakończyła się dla niej złamaniem dwóch palców.
Nie było to nic wymagającego udania się do Munga, a już na pewno nie na wydział klątwołamania i niewłaściwego użycia czarów - wydawało się więc, że Brenna po prostu zostanie ogarnięta przez uzdrowiciela BUMu, wypije parę łyków Szkiele - wzro i wróci do domu, by kość do jutra się zaleczyła i że nie ma żadnego fatum piątkowego.
Gdy uzdrowiciel BUM próbował nastawić jej palec, coś wybuchło w pobliżu. Kość nie została nastawiona. Kość znikła, podobnie jak parę innych kości. Wizyta w Mungu stała się konieczna, bo ten przypadek już trochę ich magimedyka, udzielającego głównie pierwszej pomocy, przerastał.
Oczywiście, w teorii nie musiała trafić na Prewetta, ale gdy ten wszedł do poczekalni, gdzie kazano jej chwilę poczekać, Brenna była już pewna, że to do niego zostanie skierowana. I on też chyba się tego spodziewał, sądząc po tym, że zaczął mówić coś o "pewnej pacjentce". Chyba biedny człowiek miał jej już bardzo dość. Nie żeby nie była w stanie tego zrozumieć: gadatliwość, energiczność i ogólny chaos, jaki jej towarzyszył, sprawiały, że niektórzy woleli trzymać się z dala i ani trochę ich za to nie winiła.
Prawie mu współczuła.
- Cześć, Basilius - przywitała się, obdarzając go uśmiechem. Była w stanie wskazującym na ogólne poobijanie, ale nie dostrzegł nic zdumiewającego na pierwszy rzut oka... - Dziś chyba dość przeciętny przypadek. Zgubiłam kości - wyjaśniła, po czym uświadomiła sobie, jak to brzmi i uniosła prawą rękę, aby zademonstrować dziwnie oklapłe palce. Ach. No tak. - Znaczy się, usunięto mi kości z prawej dłoni. Ale Hady zapewniał, że to się czasem zdarza, i że da się je wyhodować z powrotem, tylko trzeba dobrze dobrać dawkę eliksiru i rzucić jakieś zaklęcie, by odrastając dobrze się wpasowały, a on u mnie nie chciał ryzykować, bo ja potrzebuję trochę większych dawek mikstur, a no i on mi te kości usunął, więc chyba trochę się stresował, że popsuje je jeszcze bardziej - zrelacjonowała. - Próbował je nastawić, bo były połamane - uzupełniła jeszcze.
Cóż, znikanie kości nie zdarzało się codziennie, ale nie było aż tak dziwaczne, jak tamte ciemne plamy albo starożytna klątwa, albo człowiek przemieniony eliksirem i transmutacją w wielkiego robaka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.