Wzrok, jakim rzucała Victoria, jej ruchy i jej ton głosu wyglądały i brzmiały zupełnie obco. Tylko uśmiech był ten sam. To nawet nie była kwestia złego humoru, jak mógłby pomyśleć. Osoba, która zachowuje się normalnie, nagle staje się niemal obca, jakby coś ją opętało... Laurent skądś to znał. I to ukuło go myślą, że jeśli (czysto teoretycznie) coś mogło wpływać tutaj na ludzi, to może Victoria też była tego ofiarą? Co jeśli wszyscy byli ofiarami i dlatego całe to miejsce opustoszało i stało się takie nienaturalnie ciche? W tak piękny poranek nad jeziorem powinno być aż nadto chętnych do zamoczenia weń nóg. Tymczasem jedynym dźwiękiem, jaki przeciął się między trzeszczącymi deskami i krokami ludzi było pluśnięcie wody, nad którą kontrolę puścił. Magia działała jak należy i najwyraźniej jezioro mogło zostać oczyszczone. Jeden Laurent Prewett był do tego za mało.
Tylko Geraldine wydawała się normalna, jakby nic się nie zmieniło. Gotowa do działania, skupiona, ale nie dało się zobaczyć zdenerwowania czy niepewności. Nawet Esme był jakiś... dziwny. O ile Esme mógł bywać "dziwny", a nie był nim stale. Aż zamarł w bezruchu na moment, trochę zaskoczony, kiedy mężczyzna do niego podszedł na moment i uśmiechnął się w ten... ujmujący sposób.
- Wzajemnie. - Choć rzeczywiście wydawałoby się, że Esme mieszkał w swojej pracowni i z niej nigdy nie wychodził. A potem mężczyzna. odszedł i zaczął sławić Geraldine od Artemidy. Ta dziwna atmosfera wwierciła się w jego głowę sprawiając, że przesunął spojrzeniem od jednej do drugiej osoby, ale pozornie wszystko wydawało się normalne. Może oprócz tego, że właśnie mieli płynąć na wyspę, gdzie było prawdopodobieństwo, że był zaginiony historyk. Zapominając o małym szczególe, że byli ludźmi wyjętymi z kompletnie różnych środowisk i wrzuconych do niejasnej nieprzygody.
Już chciał otwierać usta, żeby pomóc Perseusowi, kiedy Victoria o to zapytała, ale Perseus już wszedł. Z potknięciem lekkim, czy raczej zachwianiem, które sprawiło, że Laurent automatycznie zrobił krok do przodu, jakby chciał mężczyznę łapać. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Posiadać uzupełniające się umiejętności to jedno. Posiadać przeróżne charaktery, które były indywidualne - drugie. Victoria wyglądała, jakby w ogóle nie miała zapasów cierpliwości, bał się, że Perseus będzie zazdrosny, Esme błyszczącymi oczami patrzył na Geraldine, a Geraldine... tak, wracało to, że ona jedyna sprawiała tutaj wrażenie, jakby nic jej nie ruszyło to miejsce. Laurent wszedł ostrożnie na łódkę i wyciągnął dłoń zapraszająco w kierunku Victorii. Wypadało przecież. Gdyby wyciągnął taką dłoń do Geraldine to pewnie by się obraziła. Albo złamała mu wszystkie kości w dłoni.
- Ponieważ każdy tutaj jest indywiduum prosiłbym o odstawienie na bok spraw personalnych i współpracę. - Rzecz oczywista? Pozornie. Wolał to zaznaczyć, żeby chociażby te rozbiegane umysły miały jakąś małą kotwicę skupienia i przestały dryfować wokół... o czymkolwiek każdy mógł myśleć. Być może tylko mu się wydawało, że każdy był rozproszony do pewnego stopnia. - Jako że Victoria jest aurorem czyni ją to osobą decyzyjną. Trzymajmy się tego, proszę, w razie jakichkolwiek niebezpiecznych sytuacji. - Geraldine nie przepadała za pracą w grupie. Esme? Och nie, nie bardzo. Perseus? Nie wiedział, ale po jego wejściu na łódkę - podejrzewał. Najgorszym co mogło ich spotkać to chaos, rozbieganie się i tworzenia dodatkowych sytuacji zagrożeń przez brak współpracy.
Spojrzał na Perseusa. Wolał, żeby tego dotyczącego czerni i jego samego nie dopowiadał, ale niech będzie. Teraz bardziej starał się wyczytać jego nastrój, bo przecież... był tutaj jedyną osobą, której nie mógł zaufać. I jednocześnie, o zgrozo, jedynym ich medykiem.