23.04.2024, 19:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2024, 19:36 przez Brenna Longbottom.)
Potrzebowali wpływów w Departamencie Tajemnic. Ten zaś tradycyjnie był domeną Rookwoodów, Bulstrodów i Mulicberów: dwóch rodzin słynących z neutralności (którą tę neutralność w przypadku pierwszej Brenna zaczęła podważać po poznaniu kilku historii) i jednej, która zasłynęła jako rasiści. Morpheus poza tym był człowiekiem wielu talentów – patrzył w przyszłość, skakał przez czas i był osobą niezwykle spostrzegawczą.
Poprosiła o wsparcie, bo teraz decyzja należała do niej, nie do Derwina czy ojca.
I miała nadzieję, że postąpiła słusznie.
Nadzieja była jedną z rzeczy, których po prostu musiała się trzymać. Nie tylko w przypadku Morpheusa.
– Sprawiedliwa Ręka Boga? Ja? Morpheusie, zwykle nie poddaję w wątpliwości twoich przypowiedni, ale w tym przypadku chyba wszystko się pokręciło – stwierdziła, obdarzając go uśmiechem. Dalsze słowa jednak… cóż, Diabeł, tak? Nie znała się na kartach dostatecznie, by rozumieć pełnię znaczeń tej karty, ale kojarzyła, że nie jest niczym dobrym. Nie pojmowała odcieni szarości, związanych z tą kartą, ani tego, że jako tarot urodzenia mój wskazywać na branie życia takim, jakim jest i podchodzeniem do niego z humorem. Dla niej diabeł był demonem. Był ciemną stroną ludzkiej natury.
Może, paradoksalnie, ta karta całkiem do niej pasowała.
Karta osobista. Diabeł. Karta duszy. Kochankowie, przyporządkowani przypadkiem także znakowi bliźniąt. Mogło to znaczyć wszystko i nic.
– Jak widzisz, wciąż tu jestem – odparła, rozkładając ręce, wciąż z tym samym uśmiechem na ustach. Bo popełniła wiele błędów, podczas Beltane, przed Beltane i po Beltane, i wiele jeszcze z pewnością mogła popełnić, ale nie wierzyła też, że akurat zastąpienie jej skromnej osoby mogłoby sprawić, że wszystko potoczy się w dobrym kierunku – chyba nie dowierzała aż tak w moc jednostki. – Wakacje? Nie mam czasu na… zaraz. Kambodża… Hej. Czy sądzisz, ze w Kambodży mogą mieć utalentowanych nekromantów? – spytała z błyskiem w oku. Łatwo było się domyśleć, o co dokładnie chodzi: Brenna raczej nie zapragnęła nagle ożywiać martwych, a znów jej myśli umknęły ku Zimnym. Planowała wprawdzie szukać w Afryce, ale może Kambodża też była doskonałym kierunkiem. Może mieli tam inne przepisy i edukację niż w Europie, a zwłaszcza w Anglii.
Uniosła różdżkę, czekając aż wuj utka czary ochronne – mające chronić zarówno przed tym, co mogłoby się stać, gdyby jej zaklęcie wymknęło się spod kontroli, jak i gdyby artefakt zaczął w jakiś sposób się „bronić”. Lub doszło do wybuchu ciemnej energii, jak to wcześniej wyrażał obawę Longbottom. A potem poruszyła nadgarstkiem, tkając własne zaklęcie, dość skomplikowane, z magii kształtowania. Wypełniając szkatułę ogniem i światłem zarazem – ten pierwszy był tak gorący, że płonął nie złotem, a błękitem.
(kształtowanie)
Poprosiła o wsparcie, bo teraz decyzja należała do niej, nie do Derwina czy ojca.
I miała nadzieję, że postąpiła słusznie.
Nadzieja była jedną z rzeczy, których po prostu musiała się trzymać. Nie tylko w przypadku Morpheusa.
– Sprawiedliwa Ręka Boga? Ja? Morpheusie, zwykle nie poddaję w wątpliwości twoich przypowiedni, ale w tym przypadku chyba wszystko się pokręciło – stwierdziła, obdarzając go uśmiechem. Dalsze słowa jednak… cóż, Diabeł, tak? Nie znała się na kartach dostatecznie, by rozumieć pełnię znaczeń tej karty, ale kojarzyła, że nie jest niczym dobrym. Nie pojmowała odcieni szarości, związanych z tą kartą, ani tego, że jako tarot urodzenia mój wskazywać na branie życia takim, jakim jest i podchodzeniem do niego z humorem. Dla niej diabeł był demonem. Był ciemną stroną ludzkiej natury.
Może, paradoksalnie, ta karta całkiem do niej pasowała.
Karta osobista. Diabeł. Karta duszy. Kochankowie, przyporządkowani przypadkiem także znakowi bliźniąt. Mogło to znaczyć wszystko i nic.
– Jak widzisz, wciąż tu jestem – odparła, rozkładając ręce, wciąż z tym samym uśmiechem na ustach. Bo popełniła wiele błędów, podczas Beltane, przed Beltane i po Beltane, i wiele jeszcze z pewnością mogła popełnić, ale nie wierzyła też, że akurat zastąpienie jej skromnej osoby mogłoby sprawić, że wszystko potoczy się w dobrym kierunku – chyba nie dowierzała aż tak w moc jednostki. – Wakacje? Nie mam czasu na… zaraz. Kambodża… Hej. Czy sądzisz, ze w Kambodży mogą mieć utalentowanych nekromantów? – spytała z błyskiem w oku. Łatwo było się domyśleć, o co dokładnie chodzi: Brenna raczej nie zapragnęła nagle ożywiać martwych, a znów jej myśli umknęły ku Zimnym. Planowała wprawdzie szukać w Afryce, ale może Kambodża też była doskonałym kierunkiem. Może mieli tam inne przepisy i edukację niż w Europie, a zwłaszcza w Anglii.
Uniosła różdżkę, czekając aż wuj utka czary ochronne – mające chronić zarówno przed tym, co mogłoby się stać, gdyby jej zaklęcie wymknęło się spod kontroli, jak i gdyby artefakt zaczął w jakiś sposób się „bronić”. Lub doszło do wybuchu ciemnej energii, jak to wcześniej wyrażał obawę Longbottom. A potem poruszyła nadgarstkiem, tkając własne zaklęcie, dość skomplikowane, z magii kształtowania. Wypełniając szkatułę ogniem i światłem zarazem – ten pierwszy był tak gorący, że płonął nie złotem, a błękitem.
(kształtowanie)
Rzut W 1d100 - 18
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut W 1d100 - 48
Sukces!
Sukces!
Rzut W 1d100 - 36
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.