It's a sexually explicit kind of love affair
Owady łapane w przejrzystą siateczkę z jedwabiu próbowały rozpaczliwie się z niej wyrwać. Brzydziły, odstręczały. Moralność miała bardzo podzielony wyra - powinna być dwuczłonowa, skoro miała wartość moralną. Czarno-białą. Bez pośrednich rozwiązań, żadnych szarości, wyrzućcie ją stąd. Nie powinna kłaść się pod nogami Laurenta. Kiedy zabijałeś motyla to byłeś przestępcą. Gdy zmiażdżyłeś obcasem karalucha stawałeś się bohaterem. Więc moralność musiała brać pod uwagę walory estetyczne! Pszczoły wcale nie były brzydkie, a miód, złocisty, słodki, przyjemnie wlewało się do herbaty, a jeszcze przyjemniej przejeżdżało nim po własnej skórze. Potem będziesz się lepił, ale co z tego? Pozwól drugim ustom ściągnąć miód ze skóry. Słodkie, nawilżone usta... Bóg był malarzem i chciał wskazać ludziom, co powinni traktować grotem strzały, a co pragnąć zabić tak, by szpilkami przyszpilić to do ściany. By ściągnąć delikatnie futro i położyć pod kominkiem. Wypchać, by pozostawało na zawsze piękne i nigdy nie umarło. Bóg był też kaletnikiem, tylko unikał przyznania, że kaletnictwo i artyzm gładko ze sobą współpracują. Czym było rzemieślnictwo jeśli nie wyrazem jednej ze sztuk? Nie będę się o to wykłócał, nie będzie żadnych sporów. Wystarczą drobne nóżki wędrujące po skórze. Albo pawie pióra w ogonie, bo Laurent nimi właśnie potrząsał i łapał wszystkie promienie słońca, które miały szansę przedostać się do środka przez szybę pracowni. Wykorzystywał każdy jeden promyk do cna, wyciskał z niego miód. Bzyczenie pszczoły zamieniłby na szelest piór. Rozkładałby swoje skrzydła, na których nie mógł już latać, ale mógł się unosić, mógł je prezentować. Marzyłby o byciu łabędziem, ale przecież one były takie wierne, takie czyste. Biały paw, który lśni nawet wśród innych pawi. W ogrodach książęcych przechadzałby się wolnymi chwilami, ale uważnie patrzył - kto dziś mnie ogląda? Czyje oczy zdobędę, czyją myśl, czyj gest?
To był czysty narcyzm miodem płynący.
Albo nie? Miejsce nie miało żadnego znaczenia. W oczach Esme było szare i nijakie, w oczach Laurenta było uświęconym sakrum - miejscem, które szanował, któremu przyglądał się zawsze z ciekawością, ale dziś nic nie było dla niego bardziej ciekawe poza własnym ciałem. Nic... ale nie nikt. Te cuda, jakie tutaj wyrastały jak słodkie kiwi na egzotycznych drzewach - każde były warte poznania, a w jego umyśle ciągle rozciągał się smutny widok przecinania pasa, który przecież powinien zdobyć czyjąś talię. Może nie jego, nie. Jego gust sięgał w niego innych kierunkach. Figurki, szkatułki, fajki, torby, pochwy na noże - było tutaj coś, czego nie mogłeś dostać? Wierzył, a wiara cuda czyniła, wierzył w swego Boga, że ten stworzyłby wszystko. I to "wszystko" nie było nawet kwestią ceny. Było ledwo kwestią czasu. Niewykonalne zmieniało się w wykonalne z twistem, którym możesz zakręcić jak łyżeczką z miodem w herbacie, żeby lepiej smakowała. Więc, kurwa, pij ją. Nie uderzaj pszczoły. Pij. Upij się póki czas i miejsce, bo zaraz czar może prysnąć i..! Ach, no tak. Przecież żadne kłamstwo nigdy mu się do końca nie spodoba. A jednak to mu się podobało. I to podobało o wiele bardziej od oryginału. Oczywiście, że ten cień prześlizgnął się przez jego głowę, z której porwany został kapelusz. Prześlizgnął się w pracowni, do której nie przyszedł, by być jeszcze piękniejszym. Przyszedł tutaj, bo wiedział, że będzie jeszcze piękniejszy odbijając się w jego oczach. W tych ciemnych, tajemniczych oczach, które zawsze kryły w sobie pustkę, a pustce myśli niewiele i tysiące myśli na raz. Chaos, ciemność, ład i niepoznanie. Chciał sam pokryć się złotem i obmazać swoimi palcami wszystko w zasięgu. Jak wiele mógł dla tego zrobić i ilu się wyrzec - lepiej nie pytać. Fanatycy byli przecież najgroźniejsi - dziś ucałują palce swojego Boga, jutro poderżną gardło jakiejś ofiary. Nie wyglądał tutaj piękniej. Nie wyglądał przy nim piękniej. Wyglądał piękniej w tym miejscu. Wyglądał piękniej z nim. DOpiero tańcząc na tej posadzce jego serce biło mocniej, dopiero tutaj w pełni się uśmiechał, dopiero tutaj chciał wdać się w gorące tango, którego kroków zupełnie nie znał i nie rozumiał reguł. Wiedział tylko, że to gorący, namiętny taniec. Do tego kołatało się jego słabe serce.
- Dałeś mi wszystkie narzędzia w ręce, by się nim stać. - Kilka kosmyków platynowych włosów rozwiało się na boki, przestały być tak elegancko ułożone wokół jego twarzy. Nie próbował ich nawet poprawić. Niedoskonałość, zaczarowana księżniczka przy wyjątkowo odczarowanym księciu. Przecież bycie księciem? Temu też by zaprzeczył, to też zbyłby śmiechem. Nie musiał przywdziewać żadnej z ról nadanych przez bajki, bo żadną nie był. Porażająco realny i jednocześnie oderwany od świata zewnętrznego, żyjący w swoim własnym boskim królestwie Król Bóg, jak władca Starożytnego Egiptu. Brakowało mu tylko pszczółek robotnic, które wszystko robiłyby za niego, ale i to do niego nie pasowało. - Aaach... jakie piękne kłamstwo, panie Rowle. - Kiedy pewność siebie przeradza się w arogancję? Nie było mi to oceniać, ale Lukrecja uśmiechała się w sposób zjadający siódme rozumy tego świata. Grając na karcie, której Esme nie rozumiał, ale był bardzo chętny poznać. Jakby właśnie... próbował poznać rytm melodii. Próbowała go ciągnąć do tańca, mogłaby wystukiwać obcasem rytm. Wziąłby to za wyzwanie? Bez odrobiny ryzyka - gdzie tu byłaby zabawa? Reguły gry musiały być jasne, ale były o wiele lepsze, kiedy poznawaliśmy je w trakcie. Zobacz, Esme - oto dla ciebie gra. Zagraj ze mną. Zagraj i zatańcz, później zajmiesz się tymi wszystkimi mniej istotnymi sprawami. Ja jestem najistotniejszy. Wzrastał ponad siebie samego, bo ta euforia napędzała jego myśli, jego serce, tworzyła umysł ze stali a ducha z diamentu. Oto ta władza, której Laurent nie chciał za wiele w swojej ręce. Co mógłby z taką władzą zrobić..?
Pokaz był pokazem, ale ten pokaz nie nosił żadnego znamienia wulgarności. Lukrecja trzymała głowę wysoko, miała spojrzenie mocne, aroganckie. Jak niezdobyty brylant. Delikatne muśnięcia, małe zbliżenia, ciche słówka zabarwione różnymi kolorami (lecz nie szarością) i nic więcej. Tutaj nie miała zostać przekroczona żadna granica nawet mimo tego, że mógłby się przybrać w skórę Esme i wycisnąć z tego spotkania wszystko, czego tylko by zapragnął. Och tak, na tyle był teraz arogancki. Na tyle szybko i intensywnie pracowały jego trybiki i jednocześnie nie produkowały żadnego planu, żadnego postępu działania. Nie było planszy szachowej. Wchodząc do pracowni Esme zrzucał wszystkie piony ze stołu i zamiast grać w szachy - rozrzucał kolorowe karty. Dlatego tak kochał tę grę. Była jak wszystko, co podobało mu się najbardziej - ulotna. Obrócił się za nim, kiedy usiadł na fotelu i odtworzył w swoich wspomnieniach moment, kiedy sam siedział naprzeciwko. Jak szybko można uciąć taką opowieść, którą prowadzili teraz? Obopólną narrację, gdzie tylko jeden pretendował do roli narratora wszechwiedzącego? To tylko zapis do roli, w gruncie rzeczy Laurent wiedział jedno wielkie nic. Znał tylko reguły gry, którą sam rozpoczął, a nawet on nie mógł wiedzieć, czy nowa reguła nie zostanie dopisana ręką Esme. Złapała jego dłoń, której palce dotknęły jego podbródka i delikatnie ją odsunął. Nie przestał przez to spoglądać migoczącymi, morskimi falami wpatrywać się w oczy, w których nie miał szans nauczyć się pływać. Co widzisz? Pozwolił ciszy trwać.
Był taki rodzaj ciszy, który pozwalał rozpływać się w tej ograniczonej, ludzkiej powłoce i wchodzić na nowy poziom samoświadomości ciała.
Dopiero kiedy wrócił na fotel Lukrecja sięgnęła dłońmi do swoich włosów, żeby poprawić pojedyncze kosmyki, choć brak lustra nie pozwalał poprawić ich w ten pożądany, perfekcyjny sposób. Przestał się przyglądać Esme i znów przeszedł się wolnym krokiem przez warsztat. Uniósł teraz wzrok wyżej, przyglądając się dziwnemu zegarowi z jeszcze dziwniejszym wahadłem - o ile to w ogóle był zegar, a potem obejrzał w kierunku drzwi wyjściowych i tam zbliżył płynnym krokiem. Ten złodziej, który już ma myśl w głowie, co stąd zabierze, co będzie jego własne... i nie uniósł ręki do znaku "Zamknięte". Z tej strony był napis, że zamknięte. Mógłby go obrócić. Potraktował to już jako swoje uświęcone prawo. Zamiast tego obrócił się z powrotem do Esme i skierował kroki do kaletnika. Czy to przyjemne uczucie, kiedy pszczoła spaceruje po ramieniu? Czy nie przeszkadza, kiedy znika z pola widzenia? Na pewno nie użądli? Nie sprawi problemów? Zaufanie - niekiedy musisz dać je najpierw od siebie, czy też jak ktoś mądry powiedział: pierwszy wyciągnąć dłoń, bo druga strona jej nie wyciągnie.
- Interesuje mnie głównie twoja opinia. Choć skóra również. - Zatrzymał się przed Esme i pochylił powoli w jego stronę, składając dłonie na poziomie swoich kolan. - Mówiłem ci, że jestem Pięknym Kłamstwem. Czy to na pewno nie Koszmar? - Szepnął i odsunął się delikatnie tylko po to, żeby móc widzieć kątem oka twarz Esme. - Interesuje mnie skóra, ale niekoniecznie na to ciało, które rozmyje się w morskich falach za parę godzin. - Bardzo dosłownie, choć teraz jeszcze nie wiedział, jak bardzo fatalny będzie miał wieczór. Teraz przecież był dzieckiem kołysanym przez Euforię, a jej dzieciom nic nie mogło się złego stać, gdy były przytulone do matczynej piersi i słyszały jej bicie serca. - Lubisz blondynki, Esme?