23.04.2024, 22:43 ✶
Zguba. Uciążliwe świergotanie. Szaleństwo. Marnie widziałem swoją przyszłość, jeśli właśnie tak miała ona wyglądać. Jak mogłem wciąż i wciąż, wciąż na okrągło powstrzymywać się przed słodkim odlotem, uszczknięciem kolejnych kropel krwi, nieco więcej, więcej, bo przecież zawsze było jej za mało, a szczególnie przed poczuciem się ponownie żywym? Nic nie było mi aktualnie na tyle wartym uwagi, jak ten krótki moment, kiedy czułem w sobie życie... A, o zgrozo, powodowała to tylko jedna rzecz na świecie - ta krew, świeża krew wypełniająca mnie od środka, ciepła, gęsta i mokra.
Ale to ich bolało. Tak jak bolało mnie również. Wtedy. Tamtej podłej nocy, kiedy utraciłem życie. Tej myśli, tego wspomnienia, bezdusznego uczucia powinienem się trzymać, kiedy chciałem usilnie wyrwać się do przodu i dorwać najbliższą ofiarę. OFIARĘ. Bo to ja wtedy byłbym bestią, gwałtem skradającą coś, co do mnie nie należało.
Poprawiłem się ponownie na fotelu i przejechałem językiem po zębach. Kusiło.
- Nie kuś. To się źle skończy dla nas obu - ostrzegłem krótko, nie wdając się w szczegóły. Poważny jak diabli, o ile diabli bywali poważni...? Miałem wrażenie, że wciąż śmiali się z niczego winnych śmiertelników. Z tych nieśmiertelnych właściwie już... Z nich również. Z nas wszystkich.
Cóż, po tej - mniej lub bardziej - niewinnej wymianie zdań i przekonań, postanowiłem zarysować granicę między nami. Nie było już mowy o flircie czy kuszeniu... Myślę, że nadszedł czas by przejść do rzeczy. Jakby nie patrzeć, Prewett nie przyszedł tu na podrywy, tylko w konkretnym celu.
- Geraldine wspominała, że potrzebne wam jakieś konkretne informacje... - podjąłem po chwili milczenia, uważnie ważąc słowa. Wam, nie tobie. Nie robiłem nic dla tego bubka, tylko dla siostry. Na tym świecie pozostałem dla hermetycznego grona bliskich, niestety. Uwielbiałem towarzystwo, zabawę, wrzawę, ciągły ruch. Teraz miałem zastygać niczym kamień, marny posąg... Który przysłuży się bliskim - to była dobra cena dla mordęgi siedzenia nad książkami... Na co też miałem więcej czasu niż zwykle, też więcej czasu niż inni. - Nie raczyła jednakże wspomnieć, czego miało to dotyczyć... Podobnie o terminie pańskiej wizyty... Więc nie jestem pewien, czy będę w stanie jeszcze dziś zaspokoić pańską potrzebę wiedzy... - zacząłem i właściwie zrobiłem pauzę na napicie się herbaty. Bardziej z własnej niepewności i wewnętrznej walki ze sobą, ugaszenia tego pożaru w ustach, zamiast faktycznej potrzeby zmoczenia warg. Były martwe. Niczego już nie potrzebowały.
Nie traciłem Laurenta z oczu, jak gdyby każda jego reakcja, każdy ruch był na wagę złota.
Ale to ich bolało. Tak jak bolało mnie również. Wtedy. Tamtej podłej nocy, kiedy utraciłem życie. Tej myśli, tego wspomnienia, bezdusznego uczucia powinienem się trzymać, kiedy chciałem usilnie wyrwać się do przodu i dorwać najbliższą ofiarę. OFIARĘ. Bo to ja wtedy byłbym bestią, gwałtem skradającą coś, co do mnie nie należało.
Poprawiłem się ponownie na fotelu i przejechałem językiem po zębach. Kusiło.
- Nie kuś. To się źle skończy dla nas obu - ostrzegłem krótko, nie wdając się w szczegóły. Poważny jak diabli, o ile diabli bywali poważni...? Miałem wrażenie, że wciąż śmiali się z niczego winnych śmiertelników. Z tych nieśmiertelnych właściwie już... Z nich również. Z nas wszystkich.
Cóż, po tej - mniej lub bardziej - niewinnej wymianie zdań i przekonań, postanowiłem zarysować granicę między nami. Nie było już mowy o flircie czy kuszeniu... Myślę, że nadszedł czas by przejść do rzeczy. Jakby nie patrzeć, Prewett nie przyszedł tu na podrywy, tylko w konkretnym celu.
- Geraldine wspominała, że potrzebne wam jakieś konkretne informacje... - podjąłem po chwili milczenia, uważnie ważąc słowa. Wam, nie tobie. Nie robiłem nic dla tego bubka, tylko dla siostry. Na tym świecie pozostałem dla hermetycznego grona bliskich, niestety. Uwielbiałem towarzystwo, zabawę, wrzawę, ciągły ruch. Teraz miałem zastygać niczym kamień, marny posąg... Który przysłuży się bliskim - to była dobra cena dla mordęgi siedzenia nad książkami... Na co też miałem więcej czasu niż zwykle, też więcej czasu niż inni. - Nie raczyła jednakże wspomnieć, czego miało to dotyczyć... Podobnie o terminie pańskiej wizyty... Więc nie jestem pewien, czy będę w stanie jeszcze dziś zaspokoić pańską potrzebę wiedzy... - zacząłem i właściwie zrobiłem pauzę na napicie się herbaty. Bardziej z własnej niepewności i wewnętrznej walki ze sobą, ugaszenia tego pożaru w ustach, zamiast faktycznej potrzeby zmoczenia warg. Były martwe. Niczego już nie potrzebowały.
Nie traciłem Laurenta z oczu, jak gdyby każda jego reakcja, każdy ruch był na wagę złota.