23.04.2024, 23:57 ✶
Flynn wyglądał nadzwyczaj wręcz (jak na niego) spokojnie.
- Oba...? - Patrzył na niego pytająco, bo nie rozumiał do końca, co w tym było takiego dziwacznego, żeby o to dopytywać. Jasne, że te potrzeby były ze sobą sprzeczne - ale takie już przecież było życie - składało się ze sprzeczności. - Są trzy rzeczy, przy których możesz mieć pewność, że je lubię - zaczął, przygryzając po tym dolną wargę. Był to gest, jaki robił często przed kolejnym atakiem bezczelnego flirtu. - Muzyka, rześkie powietrze i ty, aniołku. - Wyszczerzył się mocniej. Nie powiedział nic wulgarnego, bo dobrze wiedział, że teraz i tak nie będzie to miało większego efektu. Wciąż jednak chciał widzieć, jak chłopak szybciej wydycha powietrze, jak napina przy tym mięśnie brzucha, po których delikatnie, choć trochę niedbale, przesuwał opuszkami szorstkich palców. - Mam to uznać za komplement? - To brzmiało jak komplement. Chociaż teraz Flynn miał wrażenie, że brzmiałoby jak lepszy komplement, gdyby ktoś to zapisał albo opowiedział - on sam czuł się nieco wyprany z życia. Fantazje, jakie miało się przy byciu napalonym miały zwykle jedną cechę wspólną - ich realizacja mogła okazać się niekoniecznie przyjemna, a zamiast tego bolesna. Szczególnie kiedy podchodziło się do tego... źle. Kiedy człowiek zapominał, że tym człowiekiem był, a ludzkie ciało miało swoje ograniczenia. Limity, jakich nie powinno się przekraczać. - Nigdy się tym nie zainteresowałem, ale chyba zaczynam domyślać się, czym może być choroba miesiąca miodowego. - Opcjonalnie: wynalazł jej wersję dla homoseksualistów. Stęknął, poprawiając swoje ułożenie.
Przy nim zawsze wszystko takie było. Intensywne, przyjemne, ciepłe. Flynn był tego coraz bardziej głodny. Wystarczyła odrobina Bletchleya - okruch jego jestestwa zrzucony mu z nieba jak manna i nagle zapominał, że gnił.
Ale ten spokój został zniszczony. To są takie delikatne momenty - zaczynasz mówić co do tego baru..., ale masz nieco inny głos niż wcześniej, więc nagle widzisz, że masz pełną uwagę drugiej osoby. No bo skoro zmieniacie ton, skoro rozmowa wchodzi na jakieś inne tory, skoro podejmujesz się nowego tematu, twój rozmówca skupiał się na nim, żeby złapać jego istotę. Z Flynnem był niestety taki problem, aby w takiej sytuacji mimowolnie przyjąć pozycję obronną. Jego wyraz twarzy zmieniał się więc - z radosnej ciekawości w rozczarowanie, kiedy tylko usta Bletchleya opuściło nie chcę sprawić ci zawodu. Rozczarowanie, bo oczywiście Cain nie musiał kończyć tego co mówił - Flynn dopowiedział sobie resztę sam w mniej niż sekundę. Wracał do pracy. On przecież zawsze pracował, robił jakieś pieprzone nadgodziny, czy chuj wie co. Jasne - to było rozczarowujące, że nie pójdą dzisiaj razem spać, ale też z jakiegoś powodu nie był mocno rozdrażniony, bo nawet w scenariuszu najpierw opróżnił sobie we mnie jaja, a teraz sobie idzie, wciąż zadowalało go to, że w ogóle tutaj razem byli. Niestety mylił się. Pierwsza chwila zwątpienia była tylko kolejnym urojeniem wywołanym strachem przed zupełną samotnością, prawda okazała się być gorsza. Bo to przecież było coś uderzającego prosto w jego kompleksy. Napiął się więc i zmarszczył, ale w jego oczach rozbłysł nie gniew, a kompletna panika.
- Myślisz, że jesteś pierwszą osobą, która wstydziła się przedstawić mnie znajomym? - Oczywiście, że nie powiedział tego normalnie. Powiedział to tak wrednie i sarkastycznie jak tylko potrafił, jakby robił jakiś okrutny dowcip, bo bał się cholernie potraktowania tego poważnie. Kiedy traktowałeś coś poważnie, to nabierały znaczenia, stawały się prawdziwe. Nagle nie leżałeś w cieniu obok kogoś, kto miał na twoim punkcie obsesję. Leżałeś obok kolejnej osoby, której smakowałeś tak długo jak byłeś zakazanym owocem. Byłeś jej ostatnim błędem przed dobrym małżeństwem. Przypominałeś sobie, że dzieliło was z siedem lat różnicy, a on zachowywał się przy tobie dziwnie, bo byłeś jeszcze gorszym wariatem. Wszyscy znali go jako przystojnego, młodego chłopaka z dobrą pracą, zaangażowanego w sprawy społeczne, będącego częścią społeczeństwa, które odrzuciło cię dawno i którego z całego serca nienawidziłeś. - Pewnie byłoby łatwiej, gdybym zamiast pedałem urodził się po prostu laską, co? - Na tym etapie powinien zacząć się zastanawiać, czy gdyby urodził się kobietą, to może matka nie wypchnęłaby go z tego samochodu? Może to był cały jego problem? Urodził się złej płci.
Podniósł się do siadu i dopiero kiedy sięgnął po paczkę papierosów i zobaczył jak zaciska na niej rękę, dotarło do niego co właściwie robi. Nie znosił w sobie tej impulsywności. Z drugiej strony - co on w sobie znosił? Doszukiwał się strzępków samoakceptacji chyba tylko po to, żeby nie zwariować.
- Przepraszam. - Wydusił z siebie niezgrabnie, znów kładąc się plecami na kocu. - Po prostu... jestem zazdrosny.
- Oba...? - Patrzył na niego pytająco, bo nie rozumiał do końca, co w tym było takiego dziwacznego, żeby o to dopytywać. Jasne, że te potrzeby były ze sobą sprzeczne - ale takie już przecież było życie - składało się ze sprzeczności. - Są trzy rzeczy, przy których możesz mieć pewność, że je lubię - zaczął, przygryzając po tym dolną wargę. Był to gest, jaki robił często przed kolejnym atakiem bezczelnego flirtu. - Muzyka, rześkie powietrze i ty, aniołku. - Wyszczerzył się mocniej. Nie powiedział nic wulgarnego, bo dobrze wiedział, że teraz i tak nie będzie to miało większego efektu. Wciąż jednak chciał widzieć, jak chłopak szybciej wydycha powietrze, jak napina przy tym mięśnie brzucha, po których delikatnie, choć trochę niedbale, przesuwał opuszkami szorstkich palców. - Mam to uznać za komplement? - To brzmiało jak komplement. Chociaż teraz Flynn miał wrażenie, że brzmiałoby jak lepszy komplement, gdyby ktoś to zapisał albo opowiedział - on sam czuł się nieco wyprany z życia. Fantazje, jakie miało się przy byciu napalonym miały zwykle jedną cechę wspólną - ich realizacja mogła okazać się niekoniecznie przyjemna, a zamiast tego bolesna. Szczególnie kiedy podchodziło się do tego... źle. Kiedy człowiek zapominał, że tym człowiekiem był, a ludzkie ciało miało swoje ograniczenia. Limity, jakich nie powinno się przekraczać. - Nigdy się tym nie zainteresowałem, ale chyba zaczynam domyślać się, czym może być choroba miesiąca miodowego. - Opcjonalnie: wynalazł jej wersję dla homoseksualistów. Stęknął, poprawiając swoje ułożenie.
Przy nim zawsze wszystko takie było. Intensywne, przyjemne, ciepłe. Flynn był tego coraz bardziej głodny. Wystarczyła odrobina Bletchleya - okruch jego jestestwa zrzucony mu z nieba jak manna i nagle zapominał, że gnił.
Ale ten spokój został zniszczony. To są takie delikatne momenty - zaczynasz mówić co do tego baru..., ale masz nieco inny głos niż wcześniej, więc nagle widzisz, że masz pełną uwagę drugiej osoby. No bo skoro zmieniacie ton, skoro rozmowa wchodzi na jakieś inne tory, skoro podejmujesz się nowego tematu, twój rozmówca skupiał się na nim, żeby złapać jego istotę. Z Flynnem był niestety taki problem, aby w takiej sytuacji mimowolnie przyjąć pozycję obronną. Jego wyraz twarzy zmieniał się więc - z radosnej ciekawości w rozczarowanie, kiedy tylko usta Bletchleya opuściło nie chcę sprawić ci zawodu. Rozczarowanie, bo oczywiście Cain nie musiał kończyć tego co mówił - Flynn dopowiedział sobie resztę sam w mniej niż sekundę. Wracał do pracy. On przecież zawsze pracował, robił jakieś pieprzone nadgodziny, czy chuj wie co. Jasne - to było rozczarowujące, że nie pójdą dzisiaj razem spać, ale też z jakiegoś powodu nie był mocno rozdrażniony, bo nawet w scenariuszu najpierw opróżnił sobie we mnie jaja, a teraz sobie idzie, wciąż zadowalało go to, że w ogóle tutaj razem byli. Niestety mylił się. Pierwsza chwila zwątpienia była tylko kolejnym urojeniem wywołanym strachem przed zupełną samotnością, prawda okazała się być gorsza. Bo to przecież było coś uderzającego prosto w jego kompleksy. Napiął się więc i zmarszczył, ale w jego oczach rozbłysł nie gniew, a kompletna panika.
- Myślisz, że jesteś pierwszą osobą, która wstydziła się przedstawić mnie znajomym? - Oczywiście, że nie powiedział tego normalnie. Powiedział to tak wrednie i sarkastycznie jak tylko potrafił, jakby robił jakiś okrutny dowcip, bo bał się cholernie potraktowania tego poważnie. Kiedy traktowałeś coś poważnie, to nabierały znaczenia, stawały się prawdziwe. Nagle nie leżałeś w cieniu obok kogoś, kto miał na twoim punkcie obsesję. Leżałeś obok kolejnej osoby, której smakowałeś tak długo jak byłeś zakazanym owocem. Byłeś jej ostatnim błędem przed dobrym małżeństwem. Przypominałeś sobie, że dzieliło was z siedem lat różnicy, a on zachowywał się przy tobie dziwnie, bo byłeś jeszcze gorszym wariatem. Wszyscy znali go jako przystojnego, młodego chłopaka z dobrą pracą, zaangażowanego w sprawy społeczne, będącego częścią społeczeństwa, które odrzuciło cię dawno i którego z całego serca nienawidziłeś. - Pewnie byłoby łatwiej, gdybym zamiast pedałem urodził się po prostu laską, co? - Na tym etapie powinien zacząć się zastanawiać, czy gdyby urodził się kobietą, to może matka nie wypchnęłaby go z tego samochodu? Może to był cały jego problem? Urodził się złej płci.
Podniósł się do siadu i dopiero kiedy sięgnął po paczkę papierosów i zobaczył jak zaciska na niej rękę, dotarło do niego co właściwie robi. Nie znosił w sobie tej impulsywności. Z drugiej strony - co on w sobie znosił? Doszukiwał się strzępków samoakceptacji chyba tylko po to, żeby nie zwariować.
- Przepraszam. - Wydusił z siebie niezgrabnie, znów kładąc się plecami na kocu. - Po prostu... jestem zazdrosny.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.