24.04.2024, 00:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.02.2025, 15:20 przez Alexander Mulciber.)
- Nie zapomnę - beztrosko zapewnił Roberta, wstając z dotychczas zajmowanego miejsca. - Informuję cię teraz.
Ani on, ani Robert, nie chcieli tutaj być: Robert, ze względu na głęboko ukorzenioną niechęć do skłóconej części rodziny i konieczność przepychania się na argumenty z autystycznym Alexandrem, zaś Alexander...
Alexandrowi tak ogólnie nie chciało się być.
- Wyjeżdżam na miesiąc. Do Francji. - uświadomił spokojnie kuzyna. - Sprawy służbowe Departamentu Tajemnic. Ściśle tajne.
Och, po prostu nie mógł się powstrzymać, by nie wsadzić Robertowi tej drobnej szpileczki odnośnie stanowiska w Ministerstwie. Co innego miał mu zresztą powiedzieć? Wyjeżdżam, i nie wiem kiedy wrócę. Reszta rodziny poczułaby się bezkarna, i obsiadła kochaną Dianę niczym sępy, gdyby akurat teraz go zabrakło. Muszę się oczyścić: pozwolić, by alkohol wypalił ze mnie to, czego nie zdoła wypalić francuskie słońce, które kiedyś tak kochałem. Alexander nie chciał szklanki jebanego whisky, rocznika 30, z niewielkiej destylarni w Cork. Chciał flaszki pędzonego przez znajomego Roma śmierdzącego bimbru, którym mógłby nawalić się pod gołym niebem, pod gwiazdami, tak, że zapomniałby, jak się nazywa. Muszę się zastanowić, jak ze sobą skończyć. Niemal uśmiechnął się do tej myśli. Wiedział, że Robert również poweselałby, gdyby to usłyszał.
Miał to gdzieś. Miał już to wszystko gdzieś.
Wiedział tylko, że jeżeli jeszcze raz usłyszy imię "Donald", to zwymiotuje prosto na dywan Roberta.
Donald mógł leżeć na wpół martwy w Lecznicy Dusz, zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią - a magimedycy mogli próbować po cichu uświadamiać Mulcibera, że jego brat już nigdy, zapewne, nie wybudzi z marazmu nieznanej klątwy - ale w snach Alexa, niepogrzebane truchło Donalda budziło się do życia każdej nocy, nieważne, ile razy go zabijał, nieważne, ile krzyczał, wył, błagał, ten skurwiel nie chciał zdechnąć.
Wiedział, że po prostu nie dałby rady napisać tego oświadczenia.
Sam to sobie napisz, skoro jesteś taki mądry, chuju jebany.
- Skoro tak dużo listów mi wysłałeś, musisz lubić pisać. Pozostawiam tę sprawę tobie. Na pewno sobie poradzisz. Jeżeli chodzi o fundusze, po prostu poproś Dianę o stosowny czek. - Przetarł dłonią twarz, nagle znużony. - Podpisz to moim imieniem i nazwiskiem. Uznajmy to za początek rodzinnej współpracy.
Odwrócił na chwilę twarz w stronę okien wychodzących na ulicę. Ciemne zasłony broniły salon niemal całkowicie przed dostępem promieni słonecznych. Mulciber machnął krótko różdżką, sprawiając, że się rozsunęły. Tak lepiej, pomyślał, kiedy ponure pomieszczenie zalało naturalne światło.
- Przyda ci się przy pisaniu - rzucił, chowając różdżkę do kieszeni. Ostatni raz spojrzał na drzewa porastające mugolski park za oknem. Od kiedy Donald przestał być częścią jego życia, wszystkie zaczęły wydawać mu się jakieś takie zieleńsze. - Au revoir, Robercie. To po francusku: "nie pisz do mnie więcej".
Teleportował się tuż za progiem. Przedtem pomacał się tylko po kieszeni, czy nie wypadł mu przypadkiem Pustelnik od Ambrosii.
Ani on, ani Robert, nie chcieli tutaj być: Robert, ze względu na głęboko ukorzenioną niechęć do skłóconej części rodziny i konieczność przepychania się na argumenty z autystycznym Alexandrem, zaś Alexander...
Alexandrowi tak ogólnie nie chciało się być.
- Wyjeżdżam na miesiąc. Do Francji. - uświadomił spokojnie kuzyna. - Sprawy służbowe Departamentu Tajemnic. Ściśle tajne.
Och, po prostu nie mógł się powstrzymać, by nie wsadzić Robertowi tej drobnej szpileczki odnośnie stanowiska w Ministerstwie. Co innego miał mu zresztą powiedzieć? Wyjeżdżam, i nie wiem kiedy wrócę. Reszta rodziny poczułaby się bezkarna, i obsiadła kochaną Dianę niczym sępy, gdyby akurat teraz go zabrakło. Muszę się oczyścić: pozwolić, by alkohol wypalił ze mnie to, czego nie zdoła wypalić francuskie słońce, które kiedyś tak kochałem. Alexander nie chciał szklanki jebanego whisky, rocznika 30, z niewielkiej destylarni w Cork. Chciał flaszki pędzonego przez znajomego Roma śmierdzącego bimbru, którym mógłby nawalić się pod gołym niebem, pod gwiazdami, tak, że zapomniałby, jak się nazywa. Muszę się zastanowić, jak ze sobą skończyć. Niemal uśmiechnął się do tej myśli. Wiedział, że Robert również poweselałby, gdyby to usłyszał.
Miał to gdzieś. Miał już to wszystko gdzieś.
Wiedział tylko, że jeżeli jeszcze raz usłyszy imię "Donald", to zwymiotuje prosto na dywan Roberta.
Donald mógł leżeć na wpół martwy w Lecznicy Dusz, zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią - a magimedycy mogli próbować po cichu uświadamiać Mulcibera, że jego brat już nigdy, zapewne, nie wybudzi z marazmu nieznanej klątwy - ale w snach Alexa, niepogrzebane truchło Donalda budziło się do życia każdej nocy, nieważne, ile razy go zabijał, nieważne, ile krzyczał, wył, błagał, ten skurwiel nie chciał zdechnąć.
Wiedział, że po prostu nie dałby rady napisać tego oświadczenia.
Sam to sobie napisz, skoro jesteś taki mądry, chuju jebany.
- Skoro tak dużo listów mi wysłałeś, musisz lubić pisać. Pozostawiam tę sprawę tobie. Na pewno sobie poradzisz. Jeżeli chodzi o fundusze, po prostu poproś Dianę o stosowny czek. - Przetarł dłonią twarz, nagle znużony. - Podpisz to moim imieniem i nazwiskiem. Uznajmy to za początek rodzinnej współpracy.
Odwrócił na chwilę twarz w stronę okien wychodzących na ulicę. Ciemne zasłony broniły salon niemal całkowicie przed dostępem promieni słonecznych. Mulciber machnął krótko różdżką, sprawiając, że się rozsunęły. Tak lepiej, pomyślał, kiedy ponure pomieszczenie zalało naturalne światło.
- Przyda ci się przy pisaniu - rzucił, chowając różdżkę do kieszeni. Ostatni raz spojrzał na drzewa porastające mugolski park za oknem. Od kiedy Donald przestał być częścią jego życia, wszystkie zaczęły wydawać mu się jakieś takie zieleńsze. - Au revoir, Robercie. To po francusku: "nie pisz do mnie więcej".
Teleportował się tuż za progiem. Przedtem pomacał się tylko po kieszeni, czy nie wypadł mu przypadkiem Pustelnik od Ambrosii.
Postać opuszcza sesję
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat