Powiedzenie na głos: "Flynn, ty sobie przeczysz" zmieniłoby jedno wielkie nic. Przeczył sobie. Nie mógł mieć jednego i drugiego, a jednak jednego i drugiego pragnął. Tak samo jak pragnął wielu osób jednocześnie chociaż zdawał sobie sprawę, że nie każdej z tych osób pasowało to, że tak robił. Nie chciał krzywdzić, jednocześnie niósł ze sobą destrukcję. Brak kompatybilności i zgodności z myślą, że musiałby kogoś poświęcić, żeby na stałe mieć kogoś innego, stawała się tak silnym upiorem, że prędzej przedarłby sobie skórę pazurami, niż mógł ją zaakceptować. Strach przed tym, że ktoś go zostawi był taki silny, że podejmował nawet decyzje, żeby na własnych warunkach kogoś opuścić - tak jak w przeszłości. Wracamy więc do tego - sam sobie przeczył. Hipokryzja, brak poukładania i chaos. Coś całkowicie sprzecznego z jego światem, ale jednocześnie idealnie się w nie wpasowującego. Był tym elementem, który spajał się z jego wyciszeniem i pozwalał mu poczuć coś realnego bez wstydu i obaw. Zaufanie - rzecz, której Cain po prostu nie rozdawał, albo rozdawał w równie kontrolowany sposób, w równie kontrolowanych warunkach. Kiedy przeszło mu to wszystko przez głowę jego ruchy na chwilę zwolniły, ale był tak zmęczony, że nawet nie przyszła frustracja, smutek ani żadne napięcie związane z tym, że hej - Flynn kogoś miał. Miał na pewno, inaczej pewnie chciałby siedzieć u niego chociażby miał spać na balkonie albo wycieraczce jego domu z preferencjami wytyczonymi na jego łóżko. Nie chciał wiedzieć. Nikogo nie ma. Najlepsze kłamstwa to te, które sam opowiesz. Jeszcze lepsze te, które wbijesz jak gwoździa do własnej głowy.
- Twoja gładkość komplementów mnie zawstydza. - Uśmiechnął się pod nosem w ten szczery, całkowicie miły sposób, bo i miłe było to, co usłyszał. Tylko nieprawdziwe. To nie ważne, ważne było słowo dane, przyjęte i to, że naprawdę za każdym razem podziwiał gładkość jego języka (w każdym wydaniu). Kiedy sam te komplementy próbował pozbierać do kupy to jakoś wszystko bladło. Nie było takiego odpowiedniego zdania, nie było takich odpowiednich słów, albo wszystko było tak kurwa pełne patosu, że odganiał to z głowy. Mało w nim było romantyzmu, ale starał się czasami dla Flynna coś z siebie wykrzesać. - To jest komplement. - Potwierdził i wyciągnął rękę, żeby zmierzwić jego włosy kilkoma ruchami. Zdecydowanie mniej gładki komplement, zdecydowanie bardziej szorstki, ale jak najbardziej - komplement! Pokażcie mi drugiego takiego, który tak gładko radził sobie z Cainem i owijał go sobie wokół paluszka jak chciał. - Choroba miesiąca miodowego... obolałe ciało i powrót do pracy jeszcze bardziej wyjebanym, niż się było? - Wcale nieprzypadkowy dobór słów, ale uśmiech Caina się poszerzył i jego szare oczy rozweseliły. Nie na długo. Na krótko. Ponieważ miał do powiedzenia coś, co nie mogło być miłe. A jednak nie miał najmniejszego oporu, żeby to powiedzieć. Coś, co uznał, że MUSIAŁO zostać powiedziane czy się to Fleamontowi podobało, czy nie. Podobać zaś się nie mogło, więc spodziewał się reakcji negatywnej. Pytanie brzmiało: na ile będzie negatywna?
- Wiem, że nie. - Odparł ciszej i odwrócił od Flynna wzrok w kierunku jeziora. To, że nie miał problemu z decyzją o powiedzeniu tego, co mu przekazał, to jedno. To, że nie mógł patrzeć na niego, kiedy był taki... w takim stanie to drugie. Pękało mu serce, wszystko w nim się skręcało, chciało go ukoić, uspokoić, zacząć uspakajać. I nagle się gubił. Bo powinien przecież to robić, a jednocześnie wcale nie wiedział, czy powinien. Może tak? Nie? A jeśli go odtrąci? System bronienia samego siebie przed zagrożeniami w postaci emocjonalnego zawodu był u Caina bardzo ciężko wypracowanym narzędziem, przez które tylko Fleamont się przebijał taranem. Nie znaczyło to, że wcale nie działał. Więc Flynn potraktował to sarkastycznie. Cain zaś obnażył niewygodną prawdę. Nie wiedział, z kim Flynn się zadawał, ale nie miał wątpliwości, że to był bardzo specyficzny przekrój przez społeczeństwo. A nawet jeśli tylko osoby z Nokturna trafiały w jego dłonie to i tam nie brakowało osób uważających się za lepszych od kogoś takiego jak ten Szczur. Kolejne uderzenie prawdy. Byłoby łatwiej? Cóż... trochę tak... ale... czy na to powinien był odpowiadać, skoro znali oboje prawdę. Obrócił się w jego kierunku i wyciągnął do niego rękę, tak ostrożnie, nie będąc pewnym, czy to dobry pomysł. Flynn jednak na tyle potrzebował i lubił dotyk, że przysunął się bliżej i mimo własnego dyskomfortu chciał objąć go ramieniem i przytulić do siebie.
- Przeprosiny przyjęte, chociaż w mojej opinii - nie musisz mnie przepraszać. To ja przepraszam. Chcę, żebyś wiedział, że się ciebie nie wstydzę. Ale wiem, jakie byłyby reakcje świata wokół mnie i wiem, czym mogłoby to grozić. - Kochał Flynna... ale nie był w stanie poświęcić dla niektórych rzeczy wobec niego swojej rodziny. Nawet jeśli tą swoją, małą, miał jaką miał to przecież Moody to nie była tylko jego matka i ojciec. Tak samo Bletchleyowie. Nie zasłużyli na to, żeby jego własne wybryki ich ośmieszyły. A jeszcze dodać do tego trzeba jego paranoję, że pokazywanie światu twoich słabości... to nic dobrego. Przecież sam zawsze tych słabości szukał u ludzi i za często je wykorzystywał. - Chciałbym cię uszczęśliwiać. - Przesunął palcem po krańcu jego nosa.