24.04.2024, 08:46 ✶
– Właściwie to nie wiem. Po prostu eliksiry słabo na mnie działają. Wszystko na mnie słabo działa? Znaczy się, jedzenia też zwykle biorę więcej niż inni – wyjaśniła Brenna, podnosząc się z miejsca. Ruszyła za Basiliusem, krokiem całkiem żwawym: nie wyglądało na to, że jest pod wpływem jakichkolwiek eliksirów uspokajających czy przeciwbólowych. Zresztą, na pytanie o to, czy ją cokolwiek boli, pokręciła głową. – Nie, skąd. Bolała mnie ręka, kiedy palce były złamane, ale teraz nie mam kości, więc nie ma co boleć… a czuję się całkiem dobrze, ale hm, no myślę, że czułabym się lepiej, gdyby te kości wróciły na swoje miejsce – dodała, gdy wspinali się po schodach na właściwe piętro. Uniosła na moment dłoń i skrzywiła się lekko, znów spoglądając na swoje palce. Wprawdzie zapewne do straty kości podchodziła zadziwiająco beztrosko, ale jednak bardzo chciałaby je odzyskać. Gdyby to jeszcze była lewa dłoń! A prawą Brenna czarowała, i teraz czuła się trochę bezbronna.
– Och, twój gabinet gnije. Jasne. To często zdarza się w Mungu? – spytała, bo jakoś dziwnie to brzmiało. Czyli dobrze słyszała, że pani Poppy wspominała, że pacjent nie gnije, ale gabinet gnije zamiast pacjenta? Najwyraźniej było to jakieś gnicie zaraźliwe. – Pewnie zauważyłeś, że dziś piątek trzynastego? Może ty naprawdę masz jakiegoś pecha w piątek trzynastego? – zapytała z pewnym zastanowieniem, bo zwykle niby nie wierzyła w takie rzeczy, ale jakby się zastanowić… to jej strata kości mogła przydarzyć się każdego dnia. A przecież tu mdlał jego student, tutaj ktoś go próbował pobić, tu zaczął gnić mu gabinet? – A ja jestem przypadkowym elementem tego pecha? Bo z tym gniciem, jestem pewna, nie mam nic wspólnego. Dwie godziny temu byłam na Nokturnie, a godzinę temu Hady próbował poskładać mi rękę. Nie było w pobliżu nikogo gnijącego.
W tym właśnie momencie, w którym skręcili już w odpowiedni korytarz, ktoś wpadł na Basiliusa, omal nie zbijając go z nóg. Brenna odruchowo wyciągnęła dłoń, by go podtrzymać i szybko tę rękę cofnęła, uświadamiając sobie, że pozbawiona kości to wielką pomocą nie będzie. Mężczyzna, który zderzył się z Prewettem, nie przeprosił, a przemknął obok.
– To był pacjent? Bardzo żwawy – zdziwiła się trochę, oglądając za człowiekiem w koszuli nocnej, a potem spojrzała na drzwi do gabinetu 1305.
– Och, twój gabinet gnije. Jasne. To często zdarza się w Mungu? – spytała, bo jakoś dziwnie to brzmiało. Czyli dobrze słyszała, że pani Poppy wspominała, że pacjent nie gnije, ale gabinet gnije zamiast pacjenta? Najwyraźniej było to jakieś gnicie zaraźliwe. – Pewnie zauważyłeś, że dziś piątek trzynastego? Może ty naprawdę masz jakiegoś pecha w piątek trzynastego? – zapytała z pewnym zastanowieniem, bo zwykle niby nie wierzyła w takie rzeczy, ale jakby się zastanowić… to jej strata kości mogła przydarzyć się każdego dnia. A przecież tu mdlał jego student, tutaj ktoś go próbował pobić, tu zaczął gnić mu gabinet? – A ja jestem przypadkowym elementem tego pecha? Bo z tym gniciem, jestem pewna, nie mam nic wspólnego. Dwie godziny temu byłam na Nokturnie, a godzinę temu Hady próbował poskładać mi rękę. Nie było w pobliżu nikogo gnijącego.
W tym właśnie momencie, w którym skręcili już w odpowiedni korytarz, ktoś wpadł na Basiliusa, omal nie zbijając go z nóg. Brenna odruchowo wyciągnęła dłoń, by go podtrzymać i szybko tę rękę cofnęła, uświadamiając sobie, że pozbawiona kości to wielką pomocą nie będzie. Mężczyzna, który zderzył się z Prewettem, nie przeprosił, a przemknął obok.
– To był pacjent? Bardzo żwawy – zdziwiła się trochę, oglądając za człowiekiem w koszuli nocnej, a potem spojrzała na drzwi do gabinetu 1305.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.