25.04.2024, 01:04 ✶
- Obolała dupa. - Powiedział pół-żartem pół-serio, mrużąc oczy, kiedy palce Bletchleya zatopiły się w jego włosach. - Jestem zachłanny? - Zadał to pytanie niewinnym tonem, jakby naprawdę szukał na nie odpowiedzi, ta jednak przyszła do niego bardzo szybko. Tak, to była zachłanność. Jakby chciał najeść się nim na zapas, zanim znowu się rozstaną. - Ale niczego nie żałuję. - Bo to działało. Czuł się lepiej, czuł się tu dobrze. Wizja rychłego końca wciąż wisiała mu gdzieś z tyłu głowy, nie potrafił powiedzieć sobie wszystko będzie dobrze, ale teraz - tutaj, w tej chwili, był po prostu szczęśliwy.
Byłoby miło gdyby jego szczęście potrafiło utrzymać się dłużej niż dobę. Powinien zacząć chodzić na randki z zegarkiem. Na pewno istniał jakiś czasowy limit. Wszechświat wydzielał mu powody do uśmiechu jak racje żywnościowe, z każdym rokiem coraz mocniej ucinając porcje.
Wiedział, że nie. W odpowiedzi aż mu dreszcz przeszedł po plecach i wzdrygnął się, nie było szans, żeby zamaskował reakcję na takie słowa, na pewno nie w stanie, w jakim się znalazł. Zaczerwieniłby się, gdyby Bletchley nie spoglądał jak gdyby nigdy nic na jezioro. Wzburzona głowa zaczęła analizować to wszystko tak, żeby naciągnąć wyniki obserwacji na własną niekorzyść. To była tortura. Jedna z tych chwil, kiedy sam nakręcasz się do tego stopnia, że chce ci się zwymiotować. A ten mu jeszcze ględził coś o braku potrzeby przepraszania, przy okazji przecząc własnym słowom.
Przytulenie go do siebie było dobrym pomysłem, ale nie zareagował na to dobrze od razu.
- Nie przepraszam cię za to co czuję, tylko za to, że szczekam - odburknął. - Nie lubię tego gniewu, który we mnie siedzi. - To nie była do końca prawda... Może bardziej to była prawda, w jaką chciał wierzyć - że ta agresja była czymś całkowicie niechcianym, ale ona przecież często, tak jak teraz, stawała się jego tarczą. Miało to wysokie koszta - sporo nacięć na skórze, wielokrotne najebanie komuś, komu nie powinien, reputacja nie w smak chłopakowi, z którym chciałby iść do tego cholernego baru trzymając się za ręce - jednocześnie potrafiło dodać mu siły na powiedzenie rzeczy niemożliwych do wyduszenia w innych warunkach. Gdyby nie ten gniew, próbowałby to pewnie wyjąkać przez kilka minut, a później się poddał. - Kurwa, n-ie wstydzę się ciebie, tylko b-boję się reakcji innych. Przecież to jest właśnie wstyd. - Potarł palcami skórę swojej głowy, jakby chciał rozmasować migrenę. Następnie odgniótł opakowanie papierosów i wyciągnął sobie jednego, chcąc się jakoś uspokoić. Był wciąż napięty, zdenerwowany... ale nie nakręcił się tak, jak można się było tego po nim spodziewać - tyle razy go ktoś w ten sposób przeciągnął przez krawężnik, że musiała pojawić się w nim przynajmniej częściowa akceptacja własnej sytuacji. On sam nie mógł znieść własnego towarzystwa, więc czemu miałby oczekiwać, że ktoś się do niego publicznie przyzna? Powinien więc cieszyć się tym, co ma, póki to ma. Zanim mu ta smutna, szara rzeczywistość nie odbierze też tego.
Widać było, jak powoli ulega temu dotykowi. Położył się na nim znowu, tym razem z fajką w ustach. Nawet to lekkie upokorzenie, jakim była ta rozmowa, nie sprawiło, aby nie pragnął przy nim być. Chciał go uszczęśliwić? Kusiło powiedzieć, żeby się w takim razie następnym razem zastanowił, zanim otworzy mordę, ale to mijało się z celem. On mu właśnie rysował kredą granicę, a pisk szorowania nią o tablicę doprowadzał Flynna do gorączki.
- Wolę mieć wyrywek ciebie niż nic - mówił cicho, pomiędzy kolejnymi buchami papierosa. Dawał mu pozwolenie na coś, czego wcale nie chciał. - Łudziłem się, że jak wywiozę cię gdzieś dalej, to dasz temu szansę.
Byłoby miło gdyby jego szczęście potrafiło utrzymać się dłużej niż dobę. Powinien zacząć chodzić na randki z zegarkiem. Na pewno istniał jakiś czasowy limit. Wszechświat wydzielał mu powody do uśmiechu jak racje żywnościowe, z każdym rokiem coraz mocniej ucinając porcje.
Wiedział, że nie. W odpowiedzi aż mu dreszcz przeszedł po plecach i wzdrygnął się, nie było szans, żeby zamaskował reakcję na takie słowa, na pewno nie w stanie, w jakim się znalazł. Zaczerwieniłby się, gdyby Bletchley nie spoglądał jak gdyby nigdy nic na jezioro. Wzburzona głowa zaczęła analizować to wszystko tak, żeby naciągnąć wyniki obserwacji na własną niekorzyść. To była tortura. Jedna z tych chwil, kiedy sam nakręcasz się do tego stopnia, że chce ci się zwymiotować. A ten mu jeszcze ględził coś o braku potrzeby przepraszania, przy okazji przecząc własnym słowom.
Przytulenie go do siebie było dobrym pomysłem, ale nie zareagował na to dobrze od razu.
- Nie przepraszam cię za to co czuję, tylko za to, że szczekam - odburknął. - Nie lubię tego gniewu, który we mnie siedzi. - To nie była do końca prawda... Może bardziej to była prawda, w jaką chciał wierzyć - że ta agresja była czymś całkowicie niechcianym, ale ona przecież często, tak jak teraz, stawała się jego tarczą. Miało to wysokie koszta - sporo nacięć na skórze, wielokrotne najebanie komuś, komu nie powinien, reputacja nie w smak chłopakowi, z którym chciałby iść do tego cholernego baru trzymając się za ręce - jednocześnie potrafiło dodać mu siły na powiedzenie rzeczy niemożliwych do wyduszenia w innych warunkach. Gdyby nie ten gniew, próbowałby to pewnie wyjąkać przez kilka minut, a później się poddał. - Kurwa, n-ie wstydzę się ciebie, tylko b-boję się reakcji innych. Przecież to jest właśnie wstyd. - Potarł palcami skórę swojej głowy, jakby chciał rozmasować migrenę. Następnie odgniótł opakowanie papierosów i wyciągnął sobie jednego, chcąc się jakoś uspokoić. Był wciąż napięty, zdenerwowany... ale nie nakręcił się tak, jak można się było tego po nim spodziewać - tyle razy go ktoś w ten sposób przeciągnął przez krawężnik, że musiała pojawić się w nim przynajmniej częściowa akceptacja własnej sytuacji. On sam nie mógł znieść własnego towarzystwa, więc czemu miałby oczekiwać, że ktoś się do niego publicznie przyzna? Powinien więc cieszyć się tym, co ma, póki to ma. Zanim mu ta smutna, szara rzeczywistość nie odbierze też tego.
Widać było, jak powoli ulega temu dotykowi. Położył się na nim znowu, tym razem z fajką w ustach. Nawet to lekkie upokorzenie, jakim była ta rozmowa, nie sprawiło, aby nie pragnął przy nim być. Chciał go uszczęśliwić? Kusiło powiedzieć, żeby się w takim razie następnym razem zastanowił, zanim otworzy mordę, ale to mijało się z celem. On mu właśnie rysował kredą granicę, a pisk szorowania nią o tablicę doprowadzał Flynna do gorączki.
- Wolę mieć wyrywek ciebie niż nic - mówił cicho, pomiędzy kolejnymi buchami papierosa. Dawał mu pozwolenie na coś, czego wcale nie chciał. - Łudziłem się, że jak wywiozę cię gdzieś dalej, to dasz temu szansę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.