19.12.2022, 23:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2023, 23:00 przez Brenna Longbottom.)
- Och proszę, powiedz, że ty nie jesteś jednym z tych dziwaków i lubisz ciasteczka? – upewniła się jeszcze Brenna, takim tonem, jakby za odpowiedź przeczącą miała wyciągnąć kajdanki i natychmiast jednak aresztować Morgana. Za… ogólne przestępstwo przeciwko moralności. Coś na pewno by wymyśliła.
Prawda?
- Za półtorej miesiąca. Jasne. Przyniosę ciasteczka. Skoro na Nokturnie występują braki, trzeba to koniecznie nadrobić – oświadczyła, zabierając się za wkładanie do torby najpierw instrukcji, a potem fiolek. Przygotowała już wcześniej woreczek, wypchany bibułą, tak na wszelki wypadek, by żaden flakonik na pewno się nie potłukł.
Niezbyt się dziwiła popularności wielosokowego. Ktoś taki jak Morgan zupełnie go nie potrzebował. Ona od biedy mogła odmienić czyjś wygląd… problem w tym, że mogłaby to zrobić tylko na stałe. Sama jeszcze dałaby radę gdzieś przemknąć niezauważona zmieniając fryzurę, ale by taki Erik uniknąć rozpoznania, potrzeba było już czegoś więcej.
Notabene wcale nie żartowała. Brenna faktycznie planowała, że gdy przyjdzie po odbiór fiolek, przyniesie ze sobą nie tylko monety, ale także ciasteczka. Gdy już coś obiecywała, nawet coś, co w gruncie rzeczy było bardzo absurdalne, to dotrzymywała obietnicy. (Przekonała się o tym choćby jej siostra cioteczna, kiedy domagała się psich smaczków i faktycznie psie ciasteczko dostała. Oraz normalne.)
- Taaak, ale najpierw leżą, rozkładają się, trzeba na nie patrzeć, będą cuchnąć, jak akurat ułożysz się w trawie, nie wspominając o tym, że jeszcze znajdzie je pies… a właśnie. Czy proszek zaszkodzi psu? I tak ogród i sad owszem, są duże, więc daj tego lepiej sporo – poprosiła, czekając aż Morgan odmierzy odpowiednią ilość, a potem sięgnęła po woreczek. Sprawdziła, czy jest starannie zawiązany, i także jego umieściła w torbie, w zamian wyjmując sakiewkę, gotowa odliczyć sumę wskazaną przez Changa.
- A tak poza interesami, co u ciebie, Morgan? Wychodzisz chociaż czasem z tej pracowni? - spytała, obrzucając mężczyznę bacznym spojrzeniem. Może i starał się o siebie dbać, ale wyglądał jej na niezbyt wyspanego, niezbyt najedzonego, i ogólnie na kogoś, kto za mało je, za mało odpoczywa i za mało czasu spędza na świeżym powietrzu. Brenna nie czuła się uprawniona do wytykania mu tego wszystkiego, ale kondycja - czy też raczej jej brak - Changa szczerze ją martwiła. Niby nigdy nie wydawał się jakoś szczególnie sprawny fizycznie, kto jednak wie, czy teraz to się nie pogorszyło na skutek spędzania zbyt dużej ilości czasu na wdychaniu oparów eliksirów...
Brenna i Morgan pogawędzili jeszcze parę chwil, przy czym mówiła - jak to często bywało w jej przypadku - głównie Brenna, chociaż czasem dawała radę nawet podejść Changa na tyle, że wydusił z siebie parę słów. Potem umówili się na odebranie wkrótce eliksiru wielosokowego - po chwili namysłu Brenna zwiększyła zamówienie o kilka dodatkowych porcji. Żyli w końcu w, niestety, dość niebezpiecznych czasach.
Potem zebrała wszystkie zamówione eliksiry, pożegnała Morgana, wspomniała, że jeśli wpadłby do Doliny Godryka, chętnie wyciągnie go do tamtejszego baru (albo innego miejsca, gdzie nikogo nie zdziwi nagła zmiana fryzury) i wymaszerowała. Aportowała się wprost spod jego drzwi, nie chcąc niepotrzebnie chodzić po Nokturnie. Zwłaszcza, że robiło się już powoli ciemno, a na tej ulicy, gdzie nie było zbyt wielu ciasteczek, mogło się wszak zdarzyć wszystko...
Prawda?
- Za półtorej miesiąca. Jasne. Przyniosę ciasteczka. Skoro na Nokturnie występują braki, trzeba to koniecznie nadrobić – oświadczyła, zabierając się za wkładanie do torby najpierw instrukcji, a potem fiolek. Przygotowała już wcześniej woreczek, wypchany bibułą, tak na wszelki wypadek, by żaden flakonik na pewno się nie potłukł.
Niezbyt się dziwiła popularności wielosokowego. Ktoś taki jak Morgan zupełnie go nie potrzebował. Ona od biedy mogła odmienić czyjś wygląd… problem w tym, że mogłaby to zrobić tylko na stałe. Sama jeszcze dałaby radę gdzieś przemknąć niezauważona zmieniając fryzurę, ale by taki Erik uniknąć rozpoznania, potrzeba było już czegoś więcej.
Notabene wcale nie żartowała. Brenna faktycznie planowała, że gdy przyjdzie po odbiór fiolek, przyniesie ze sobą nie tylko monety, ale także ciasteczka. Gdy już coś obiecywała, nawet coś, co w gruncie rzeczy było bardzo absurdalne, to dotrzymywała obietnicy. (Przekonała się o tym choćby jej siostra cioteczna, kiedy domagała się psich smaczków i faktycznie psie ciasteczko dostała. Oraz normalne.)
- Taaak, ale najpierw leżą, rozkładają się, trzeba na nie patrzeć, będą cuchnąć, jak akurat ułożysz się w trawie, nie wspominając o tym, że jeszcze znajdzie je pies… a właśnie. Czy proszek zaszkodzi psu? I tak ogród i sad owszem, są duże, więc daj tego lepiej sporo – poprosiła, czekając aż Morgan odmierzy odpowiednią ilość, a potem sięgnęła po woreczek. Sprawdziła, czy jest starannie zawiązany, i także jego umieściła w torbie, w zamian wyjmując sakiewkę, gotowa odliczyć sumę wskazaną przez Changa.
- A tak poza interesami, co u ciebie, Morgan? Wychodzisz chociaż czasem z tej pracowni? - spytała, obrzucając mężczyznę bacznym spojrzeniem. Może i starał się o siebie dbać, ale wyglądał jej na niezbyt wyspanego, niezbyt najedzonego, i ogólnie na kogoś, kto za mało je, za mało odpoczywa i za mało czasu spędza na świeżym powietrzu. Brenna nie czuła się uprawniona do wytykania mu tego wszystkiego, ale kondycja - czy też raczej jej brak - Changa szczerze ją martwiła. Niby nigdy nie wydawał się jakoś szczególnie sprawny fizycznie, kto jednak wie, czy teraz to się nie pogorszyło na skutek spędzania zbyt dużej ilości czasu na wdychaniu oparów eliksirów...
Brenna i Morgan pogawędzili jeszcze parę chwil, przy czym mówiła - jak to często bywało w jej przypadku - głównie Brenna, chociaż czasem dawała radę nawet podejść Changa na tyle, że wydusił z siebie parę słów. Potem umówili się na odebranie wkrótce eliksiru wielosokowego - po chwili namysłu Brenna zwiększyła zamówienie o kilka dodatkowych porcji. Żyli w końcu w, niestety, dość niebezpiecznych czasach.
Potem zebrała wszystkie zamówione eliksiry, pożegnała Morgana, wspomniała, że jeśli wpadłby do Doliny Godryka, chętnie wyciągnie go do tamtejszego baru (albo innego miejsca, gdzie nikogo nie zdziwi nagła zmiana fryzury) i wymaszerowała. Aportowała się wprost spod jego drzwi, nie chcąc niepotrzebnie chodzić po Nokturnie. Zwłaszcza, że robiło się już powoli ciemno, a na tej ulicy, gdzie nie było zbyt wielu ciasteczek, mogło się wszak zdarzyć wszystko...
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.