24.04.2024, 11:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2024, 11:24 przez Brenna Longbottom.)
– Myślę, że wydaję się raczej mało groźna – stwierdziła Brenna. Była uparta i była wyszkolona, ale była też tym pajacem z BUM i nie tylko jej to nie przeszkadzało, lecz wręcz w tej chwili pozostawało wygodne. Wcale nie chciała, aby ktokolwiek po ciemnej stronie mocy się jej bał – niechęć, owszem, niech jej nie lubią, nic dziwnego, że jej nie znosili, ale niech traktują z lekceważeniem. – Gdybym miała wskazać, kto z nas robi większe wrażenie… to bylibyście ty i Mavelle.
Ale Mavelle tutaj nie było. Od paru dni szukała odpowiedzi za granicą, u jednej z ciotek ze strony ojca, i Zakon przynajmniej na razie stracił jedną ze swoich bojowniczek, Brenna nie miała już pod ręką jej nosa i umiejętności zastraszania, a poza tym martwiła się o kuzynkę szaleńczo. Ale to było oczywiste, że musieli chwytać się każdego tropu, a Brenna mogła wyrwać się do Afryki na parę dni, ale już nie na trzy miesiące do Nowego Orleanu.
– Ogłuszyłbyś mnie, wujku i zaciągnął tam siłą? – zapytała z pewnym rozbawieniem, chociaż z „nie mam czasu” przeszła całkiem płynnie do „może mają tam nekromantów?”. W końcu nie mogli liczyć tylko na to, że Bones uda się coś uzyskać. Nie upierała się więc, że nie, absolutnie, wcale. – Dlaczego właśnie Kambodża? Nawet nie jestem pewna, gdzie ona leży – przyznała, nim cofnęła się, by zacząć tkać swoją magię.
Więcej ognia z magii kształtowania - i wlanie w niego i innego rodzaju magii, przeciwnego mu właściwie, takiego, który magię niszczy, rozproszenia. Szkatułka, obłożona przecież zaklęciem zabezpieczającym, stopiła się, i pośród płomieni przez moment widzieli rękojeść...
A potem ogień zabarwił się na czarno i czerń prysnęła na boki, zderzając się z tarczami, które wyczarował Morpheus.
Kolejny ruch różdżki, więcej magii: wlanie światła w płomienie, bo skoro broń żywiła się ciemnością, ogień musiał być nie tylko gorący i niszczący, ale także dawać blask, by nie było cienia, w którym schroni się ciemność tej broni.
Tarcze rozprysły się, ale nie były już potrzebne. Ogień znów był tylko ogniem, tak gorącym, że płonącym na niebiesko, a rękojeść częściowo się stopiła.
- Nie wiem - odparła Brenna cicho, dopiero teraz, gdy nie musiała się już skupić na magii, choć śledziła topiącą się broń podejrzliwym spojrzeniem. - Ale mam wrażenie, że on w jakiś sposób działał na nas bardziej niż na innych. Zwłaszcza na ciebie. Może ten, dla którego pierwotnie go wykonano, też był jasnowidzem.
Ale Mavelle tutaj nie było. Od paru dni szukała odpowiedzi za granicą, u jednej z ciotek ze strony ojca, i Zakon przynajmniej na razie stracił jedną ze swoich bojowniczek, Brenna nie miała już pod ręką jej nosa i umiejętności zastraszania, a poza tym martwiła się o kuzynkę szaleńczo. Ale to było oczywiste, że musieli chwytać się każdego tropu, a Brenna mogła wyrwać się do Afryki na parę dni, ale już nie na trzy miesiące do Nowego Orleanu.
– Ogłuszyłbyś mnie, wujku i zaciągnął tam siłą? – zapytała z pewnym rozbawieniem, chociaż z „nie mam czasu” przeszła całkiem płynnie do „może mają tam nekromantów?”. W końcu nie mogli liczyć tylko na to, że Bones uda się coś uzyskać. Nie upierała się więc, że nie, absolutnie, wcale. – Dlaczego właśnie Kambodża? Nawet nie jestem pewna, gdzie ona leży – przyznała, nim cofnęła się, by zacząć tkać swoją magię.
Rzut W 1d100 - 37
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 71
Sukces!
Sukces!
Więcej ognia z magii kształtowania - i wlanie w niego i innego rodzaju magii, przeciwnego mu właściwie, takiego, który magię niszczy, rozproszenia. Szkatułka, obłożona przecież zaklęciem zabezpieczającym, stopiła się, i pośród płomieni przez moment widzieli rękojeść...
A potem ogień zabarwił się na czarno i czerń prysnęła na boki, zderzając się z tarczami, które wyczarował Morpheus.
Kolejny ruch różdżki, więcej magii: wlanie światła w płomienie, bo skoro broń żywiła się ciemnością, ogień musiał być nie tylko gorący i niszczący, ale także dawać blask, by nie było cienia, w którym schroni się ciemność tej broni.
Rzut W 1d100 - 23
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut W 1d100 - 50
Sukces!
Sukces!
Tarcze rozprysły się, ale nie były już potrzebne. Ogień znów był tylko ogniem, tak gorącym, że płonącym na niebiesko, a rękojeść częściowo się stopiła.
- Nie wiem - odparła Brenna cicho, dopiero teraz, gdy nie musiała się już skupić na magii, choć śledziła topiącą się broń podejrzliwym spojrzeniem. - Ale mam wrażenie, że on w jakiś sposób działał na nas bardziej niż na innych. Zwłaszcza na ciebie. Może ten, dla którego pierwotnie go wykonano, też był jasnowidzem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.