24.04.2024, 12:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2024, 12:52 przez Millie Moody.)
Mills stała przyczajona, jak sierściuch wyciągnięty ze śmietnika, którego ktoś umył i założył czerwony kubraczek. Tylko dalej w oczach było widać tą dzikość, te lata walki o wszystko i ze wszystkim. Przygryzła wargę, ciekawsko patrząc im na ręce. Jakieś grzebanie w głowie? Śmieszne, ona nic nie zauważyła, ale z drugiej strony ciężko było odróżnić jej świat snów od jawy, a co dopiero oczekiwać od mózgu rozróżnianie myśli cudzych od własnych. Teraz jak tu stała jej uczucia zdawały się absolutnie naturalne, tak samo ekspresyjnie chwiejne i balansujące między upajającym uwielbieniem, a cuchnącą odrazą. Nic nowego.
– Debile – sarknęła. Ktoś mógłby powiedzieć, że przypadkiem, ale... no cóż, Mildred po prostu pozbawiona była autorefleksji i autocenzora. Wada fabryczna.– Nie możecie mówić kartom co mają wam pokazać i potem ciągnąć tylko jedną kartę. Pierdolę... masz tam paranoję swojego kumpla, tu bierne oględziny i żywy trup na drzewie, a ten As Płodności Ziemskiej to przecież chwasty o których mówisz. Bujne, ale jakoś jednak zjebane. Energia ziemi jest zaburzona, ale nie wiem czy to akurat Windermere czy akurat nie problem globalny. Chociaż to mogłaby być ta fioletowa opiekuńcza aura i magia kapłanki... Czy też chujka, który ją rzucił, nie bądźmy seksistami, karty precyzują energię, a nie zestaw genitaliów winowajcy, co nie? – co ona będzie mówić, przecież tworzyli teraz piękny klub tarotowy i każdy przechwalał się albo swoją talią, albo swoim fabasem, który użyczał swojej talii. Mills nie wyciągała swoich wysłużonych kapci, pierwszej talii, którą dostała i jedynej jaką używała. Ona swoje już wiedziała, te płaskie kurewki obraziłyby się na nią, gdyby zadała im ponownie to samo pytanie, nie przepracowując podpowiedzi, które uzyskał rano.
Odetchnęła, w przebłysku intelektualnych zdolności kalkulując ich efektywność. Dwóch egzorcystów to zawsze lepiej niż jeden, jasnowidz i ona jako kurwa mięśnie tej ekipy z przeszkoleniem BUmowskim (BUmiarskim?). Ach, ponoć miała też intuicję, tak jak Morfina mówił, chociaż chuj go tam wiedział, czy szczerze czy z litości. Ach no i była w Limbo i wróciła, więc powinna znać się na zombiakach. Szkoda tylko, że gówno z tej ekscytującej wycieczki pamiętała. No i jeszcze srander Alexander. Co on właściwie umiał poza byciem patologicznie niezdecydowanym dupkiem?
Wyminęła Morfinę, zostawiając za sobą też resztki instynktu samozachowawczego i spojrzała prosto w twarz wysokiemu mężczyźnie. Miała wprawę w zadzieraniu głowy, w końcu jej brat był tego samego wzrostu. A potem rozlał się po jej bladej twarzy bardzo, bardzo szeroki uśmiech, niestety nie sięgający świdrujących jadem żółtych oczu. Oczywiście nie czytała w myślach i nie wiedziała o mentalnej obróżce na jego szyi, ale och, przecież karty taki właśnie obrót spraw przewidziały, więc jak tu się nie cieszyć?
– Witamy w rodzinie skarbie, a teraz rusz dupę i przydaj się na coś, sprawdzaj co jakiś czas czy nasze nici też oblepia to mistyczne gówno i kaman, ruszamy nad wode, a potem do lasu szukać trupy i obczajać rośliny jak są wysycone magią.– zakomenderowała i nie czekając dłużej wsadziła ręce w kieszenie i poszła w kierunku pomostu
– Debile – sarknęła. Ktoś mógłby powiedzieć, że przypadkiem, ale... no cóż, Mildred po prostu pozbawiona była autorefleksji i autocenzora. Wada fabryczna.– Nie możecie mówić kartom co mają wam pokazać i potem ciągnąć tylko jedną kartę. Pierdolę... masz tam paranoję swojego kumpla, tu bierne oględziny i żywy trup na drzewie, a ten As Płodności Ziemskiej to przecież chwasty o których mówisz. Bujne, ale jakoś jednak zjebane. Energia ziemi jest zaburzona, ale nie wiem czy to akurat Windermere czy akurat nie problem globalny. Chociaż to mogłaby być ta fioletowa opiekuńcza aura i magia kapłanki... Czy też chujka, który ją rzucił, nie bądźmy seksistami, karty precyzują energię, a nie zestaw genitaliów winowajcy, co nie? – co ona będzie mówić, przecież tworzyli teraz piękny klub tarotowy i każdy przechwalał się albo swoją talią, albo swoim fabasem, który użyczał swojej talii. Mills nie wyciągała swoich wysłużonych kapci, pierwszej talii, którą dostała i jedynej jaką używała. Ona swoje już wiedziała, te płaskie kurewki obraziłyby się na nią, gdyby zadała im ponownie to samo pytanie, nie przepracowując podpowiedzi, które uzyskał rano.
Odetchnęła, w przebłysku intelektualnych zdolności kalkulując ich efektywność. Dwóch egzorcystów to zawsze lepiej niż jeden, jasnowidz i ona jako kurwa mięśnie tej ekipy z przeszkoleniem BUmowskim (BUmiarskim?). Ach, ponoć miała też intuicję, tak jak Morfina mówił, chociaż chuj go tam wiedział, czy szczerze czy z litości. Ach no i była w Limbo i wróciła, więc powinna znać się na zombiakach. Szkoda tylko, że gówno z tej ekscytującej wycieczki pamiętała. No i jeszcze srander Alexander. Co on właściwie umiał poza byciem patologicznie niezdecydowanym dupkiem?
Wyminęła Morfinę, zostawiając za sobą też resztki instynktu samozachowawczego i spojrzała prosto w twarz wysokiemu mężczyźnie. Miała wprawę w zadzieraniu głowy, w końcu jej brat był tego samego wzrostu. A potem rozlał się po jej bladej twarzy bardzo, bardzo szeroki uśmiech, niestety nie sięgający świdrujących jadem żółtych oczu. Oczywiście nie czytała w myślach i nie wiedziała o mentalnej obróżce na jego szyi, ale och, przecież karty taki właśnie obrót spraw przewidziały, więc jak tu się nie cieszyć?
– Witamy w rodzinie skarbie, a teraz rusz dupę i przydaj się na coś, sprawdzaj co jakiś czas czy nasze nici też oblepia to mistyczne gówno i kaman, ruszamy nad wode, a potem do lasu szukać trupy i obczajać rośliny jak są wysycone magią.– zakomenderowała i nie czekając dłużej wsadziła ręce w kieszenie i poszła w kierunku pomostu