24.04.2024, 20:02 ✶
Sophie pociągnęła nosem i skrzywiła się, kiedy Lorraine kazała być jej z siebie dumna. Dumna? Niby jak? Spieprzyła sprawę i ojciec musiał naprawiać za nią jej błędy. Jak miała być z siebie dumna? Prychnęła cicho.
- No nie wiem… - Przyjęła chusteczkę i ostatnia, samotna łza spłynęła jej po policzku. Ach! Ależ była nieszczęśliwa! Musiała jednak wziąć się w garść i stawić czoła porażce… dość płakania, rudy przegrywie!
Mulciberówna przetarła wilgotne policzki i wysmarkała głośno nos. Wyglądała jakby właśnie uciekła przed wściekłym hipogryfem - włosy w nieładzie, czerwona i opuchnięta twarz oraz mokre od stresu czoło. Przez ostatnie dni wylała morze łez! Nie tak wyobrażała sobie swoje pierwsze dni “samodzielności”.
Musisz być twarda… mówiła Lorraine, i miała rację. Jej kolejne słowa bardzo jednak Sophie zaskoczyły. Dziewczyna wyprostowała się i spojrzała na swoją rozmówczynię. Przecież Lorka miała rację. Nikt jej ani razu nie pochwalił. Nikt nie pogratulował pomysłu! Bardzo długo pracowała nad swoim przepisem, a każdy kto spróbował jej specyfiku, bardzo go chwalił! Czy zasłużyła sobie TYLKO i wyłącznie na krytykę ze strony ojca oraz wuja? Nie. Rodzice jej przyjaciółki często ją chwalili, jednak Sophie to od swojego rodzica chciałaby usłyszeć słowa pociechy oraz uznania. Dlaczego więc Robert tylko wytykał błędy, milczał lub po prostu przyjmował do wiadomości? Może powinna z nim porozmawiać i wyjaśnić mu, że jest wrażliwa i potrzebuje uznania?
- Tak... tak! Masz rację! - Powiedziała nagle, patrząc na Lorraine wielkimi oczyma. Przygryzła dolną wargę i widać było, że wyraźnie coś analizowała.- Nikt w domu mi nie pogratulował, nikt nie chciał spróbować mojej cytrynówki i zdecydowanie się nie poddam. - Powiedziała pewnie i poczuła jak wracają jej siły oraz chęci do życia. Nie mogła się poddać! Zapłaci karę i uzbiera pieniądze na lokal. Wystarczy, żeby zarobiła kwotę na pokrycie czynszu na dwa miesiące. Resztę będzie regulowała z pieniędzy pozyskanych ze sprzedaży bimbru.
-Kobiety w dzisiejszych czasach są...- Sophie zamilkła kiedy również usłyszała hałas. Wstała szybko i zmrużyła oczy. Jej mina - z pogodnej i pełnej nadziei, w ułamku sekundy zmieniła się nie do poznania. Lorraine na jej twarzy mogła ujrzeć czystą nienawiść. Od sytuacji z wujem Richardem, znienawidziła wszystkie skrzaty domowe! Cholerni szpiedzy! Donosiciele! Podłe kreatury!
- Wynoś się stąd! Idź przywalić sobie gorąca patelnia w ten brzydki łeb! - Sophie aż zatrzęsła się ze złości. Pierś jej zafalowała i musiała podeprzeć się ręką na ramieniu Lorki, żeby nie spaść ze schodka. Korzystając z okazji schyliła się, i wolną ręką ściągnęła pantofelek. Rzuciła nim w stronę skrzata.
- Proszę, chodźmy stąd! Lorraine! Chodźmy stąd! - Denerwowała się. Wyciągnęła z torebki różdżkę, żeby przywołać z powrotem but. Miała nadzieję, że skrzata zabolało i że zrobi to, co mu kazała. Była gotowa do drogi. Musiała wyjść z tego domu, bo inaczej zaraz rozniesie te okropne stwory i rodzina Mulciberów pozostanie bez pomocy domowej...
- No nie wiem… - Przyjęła chusteczkę i ostatnia, samotna łza spłynęła jej po policzku. Ach! Ależ była nieszczęśliwa! Musiała jednak wziąć się w garść i stawić czoła porażce… dość płakania, rudy przegrywie!
Mulciberówna przetarła wilgotne policzki i wysmarkała głośno nos. Wyglądała jakby właśnie uciekła przed wściekłym hipogryfem - włosy w nieładzie, czerwona i opuchnięta twarz oraz mokre od stresu czoło. Przez ostatnie dni wylała morze łez! Nie tak wyobrażała sobie swoje pierwsze dni “samodzielności”.
Musisz być twarda… mówiła Lorraine, i miała rację. Jej kolejne słowa bardzo jednak Sophie zaskoczyły. Dziewczyna wyprostowała się i spojrzała na swoją rozmówczynię. Przecież Lorka miała rację. Nikt jej ani razu nie pochwalił. Nikt nie pogratulował pomysłu! Bardzo długo pracowała nad swoim przepisem, a każdy kto spróbował jej specyfiku, bardzo go chwalił! Czy zasłużyła sobie TYLKO i wyłącznie na krytykę ze strony ojca oraz wuja? Nie. Rodzice jej przyjaciółki często ją chwalili, jednak Sophie to od swojego rodzica chciałaby usłyszeć słowa pociechy oraz uznania. Dlaczego więc Robert tylko wytykał błędy, milczał lub po prostu przyjmował do wiadomości? Może powinna z nim porozmawiać i wyjaśnić mu, że jest wrażliwa i potrzebuje uznania?
- Tak... tak! Masz rację! - Powiedziała nagle, patrząc na Lorraine wielkimi oczyma. Przygryzła dolną wargę i widać było, że wyraźnie coś analizowała.- Nikt w domu mi nie pogratulował, nikt nie chciał spróbować mojej cytrynówki i zdecydowanie się nie poddam. - Powiedziała pewnie i poczuła jak wracają jej siły oraz chęci do życia. Nie mogła się poddać! Zapłaci karę i uzbiera pieniądze na lokal. Wystarczy, żeby zarobiła kwotę na pokrycie czynszu na dwa miesiące. Resztę będzie regulowała z pieniędzy pozyskanych ze sprzedaży bimbru.
-Kobiety w dzisiejszych czasach są...- Sophie zamilkła kiedy również usłyszała hałas. Wstała szybko i zmrużyła oczy. Jej mina - z pogodnej i pełnej nadziei, w ułamku sekundy zmieniła się nie do poznania. Lorraine na jej twarzy mogła ujrzeć czystą nienawiść. Od sytuacji z wujem Richardem, znienawidziła wszystkie skrzaty domowe! Cholerni szpiedzy! Donosiciele! Podłe kreatury!
- Wynoś się stąd! Idź przywalić sobie gorąca patelnia w ten brzydki łeb! - Sophie aż zatrzęsła się ze złości. Pierś jej zafalowała i musiała podeprzeć się ręką na ramieniu Lorki, żeby nie spaść ze schodka. Korzystając z okazji schyliła się, i wolną ręką ściągnęła pantofelek. Rzuciła nim w stronę skrzata.
- Proszę, chodźmy stąd! Lorraine! Chodźmy stąd! - Denerwowała się. Wyciągnęła z torebki różdżkę, żeby przywołać z powrotem but. Miała nadzieję, że skrzata zabolało i że zrobi to, co mu kazała. Była gotowa do drogi. Musiała wyjść z tego domu, bo inaczej zaraz rozniesie te okropne stwory i rodzina Mulciberów pozostanie bez pomocy domowej...