24.04.2024, 21:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2024, 21:24 przez Brenna Longbottom.)
Brenna miała dość plastyczną mimikę, jeśli nie dokładała starań, aby nad tą zapanować, i z każdym słowem, jakie wypowiadał Basilius, wyraz jej twarzy stawał się coraz bardziej nieszczęśliwy. I nie chodziło o te wszystkie wizje nieszczęść, jakie mogły się jej przydarzyć, pękających kości, rośnięcia w różne strony czy przebijania skóry, a dlatego, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że jednak naprawdę nie powinna iść na obławę.
Wyglądała teraz jak dziecko, któremu właśnie zabrano cukierka.
To oczywiście nie tak, że bez niej sobie nie poradzą, bo była pewna, że dadzą radę, ale Jenny ostatnio odeszła na emeryturę, Gregory też był jakby trochę wolniejszy niż kiedy, Diana musiała iść na urlop, bo była w ciąży, a Apollo dostał smoczej ospy, i mieli trochę braków w składzie, a poza tym to był ciąg dalszy dzisiejszej akcji, i czuła się absolutnie paskudnie na myśl o tym, że oni będą tam ryzykować, a ona będzie siedziała i czytała komiksy… nie, żeby nie miała chęci poczytać komiksów, ale przecież nie tej nocy!
– Ale do zmierzchu zostało jeszcze dobre siedem godzin – zamarudziła. – Jeśli się pospieszymy, to przecież kości już odrosną. A dyskomfort, co tam dyskomfort, trochę poboli, ale przejdzie, na pewno nie będzie bolało tak jak gnicie…
Pan Ferdynand okazał się bardzo sprytny, bardzo silny i był dobrym aktorem.
Brenna z natury robiła ludzi, ale była też gliną i zwykle była podejrzliwa. A jednak, chociaż w jej głowie zadźwięczały dzwonki alarmowe, że uciekający przed pielęgniarzami pan Ferdynand może być niebezpieczny, to jednak nie wpadła na myśl o tym, że tak po prostu wyrwie Basiliusowi różdżkę. Nie zdążyła nawet mrugnąć, nie mówiąc o powstrzymaniu go. Ba, nawet gdyby miała sprawną rękę, pewnie nie zdołałaby rzucić żadnego zaklęcia! Wystrzeliła wprawdzie do przodu, ale tylko zdołała podeprzeć Prewetta (tą ręką z kośćmi), by nie rąbnął popisowo o podłogę – ale już ani nie schwytała pana Ferdynanda, ani nie powstrzymała zamykających się drzwi.
Kurwa.
Ulubione powiedzenie Prewettów, jak nic! Mieli chyba słabość do kurew. Gdyby Brenna pogrzebała w kieszeni, pewnie znalazłaby jakiś liścik od Vincenta, którego cała treść to było „kurwa” właśnie…
– I to ja mam ciężkie przypadki, tak…? – upewniła się, puszczając Basiliusa, a potem (lewą dłonią) sięgnęła ku klamce, bo zakładała, że z leczenia nici, skoro uzdrowiciel nie miał różdżki. Trzeba było czym prędzej spacyfikować pana Ferdynanda, który miał różdżkę, a mieć jej nie powinien, i zwrócić tę magomedykowi. Po pierwsze, pacjent był teraz niebezpieczny, po drugie, ona musiała szybko odzyskać kości, a skoro tutaj doszło do kradzieży, to chrzanić, że to pacjent, to już wchodziło w jej kompetencje!!!
Szarpnęła klamkę raz, drugi, trzeci.
Bez rezultatu.
– Ehem, czy tych drzwi nie da się otworzyć od środka…? – zapytała niepewnie, odruchowo chcąc sięgnąć po swoją różdżkę… tyle że nie mogła. Wyciągnięcie różdżki z prawej kieszeni prawą dłonią wymagałoby sprawnych palców. Z wszystkimi kościami.
Rzucam sobie na af (na udzielenie pomocy na czas)
Wyglądała teraz jak dziecko, któremu właśnie zabrano cukierka.
To oczywiście nie tak, że bez niej sobie nie poradzą, bo była pewna, że dadzą radę, ale Jenny ostatnio odeszła na emeryturę, Gregory też był jakby trochę wolniejszy niż kiedy, Diana musiała iść na urlop, bo była w ciąży, a Apollo dostał smoczej ospy, i mieli trochę braków w składzie, a poza tym to był ciąg dalszy dzisiejszej akcji, i czuła się absolutnie paskudnie na myśl o tym, że oni będą tam ryzykować, a ona będzie siedziała i czytała komiksy… nie, żeby nie miała chęci poczytać komiksów, ale przecież nie tej nocy!
– Ale do zmierzchu zostało jeszcze dobre siedem godzin – zamarudziła. – Jeśli się pospieszymy, to przecież kości już odrosną. A dyskomfort, co tam dyskomfort, trochę poboli, ale przejdzie, na pewno nie będzie bolało tak jak gnicie…
Pan Ferdynand okazał się bardzo sprytny, bardzo silny i był dobrym aktorem.
Brenna z natury robiła ludzi, ale była też gliną i zwykle była podejrzliwa. A jednak, chociaż w jej głowie zadźwięczały dzwonki alarmowe, że uciekający przed pielęgniarzami pan Ferdynand może być niebezpieczny, to jednak nie wpadła na myśl o tym, że tak po prostu wyrwie Basiliusowi różdżkę. Nie zdążyła nawet mrugnąć, nie mówiąc o powstrzymaniu go. Ba, nawet gdyby miała sprawną rękę, pewnie nie zdołałaby rzucić żadnego zaklęcia! Wystrzeliła wprawdzie do przodu, ale tylko zdołała podeprzeć Prewetta (tą ręką z kośćmi), by nie rąbnął popisowo o podłogę – ale już ani nie schwytała pana Ferdynanda, ani nie powstrzymała zamykających się drzwi.
Kurwa.
Ulubione powiedzenie Prewettów, jak nic! Mieli chyba słabość do kurew. Gdyby Brenna pogrzebała w kieszeni, pewnie znalazłaby jakiś liścik od Vincenta, którego cała treść to było „kurwa” właśnie…
– I to ja mam ciężkie przypadki, tak…? – upewniła się, puszczając Basiliusa, a potem (lewą dłonią) sięgnęła ku klamce, bo zakładała, że z leczenia nici, skoro uzdrowiciel nie miał różdżki. Trzeba było czym prędzej spacyfikować pana Ferdynanda, który miał różdżkę, a mieć jej nie powinien, i zwrócić tę magomedykowi. Po pierwsze, pacjent był teraz niebezpieczny, po drugie, ona musiała szybko odzyskać kości, a skoro tutaj doszło do kradzieży, to chrzanić, że to pacjent, to już wchodziło w jej kompetencje!!!
Szarpnęła klamkę raz, drugi, trzeci.
Bez rezultatu.
– Ehem, czy tych drzwi nie da się otworzyć od środka…? – zapytała niepewnie, odruchowo chcąc sięgnąć po swoją różdżkę… tyle że nie mogła. Wyciągnięcie różdżki z prawej kieszeni prawą dłonią wymagałoby sprawnych palców. Z wszystkimi kościami.
Rzucam sobie na af (na udzielenie pomocy na czas)
Rzut PO 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.