Laurent kompletnie nie dowierzał temu, co widzi. Nie, jednak Geraldine też nie pozostała normalna. Albo była normalna właśnie? Nigdy jej nie widział w obecności... ukochanej osoby, ale jakoś taka wylewność pasowała do niej tak samo, jak solne jezioro do różanego ogrodu. Bo Esme... Esme był przecież szalony, tak? To było jakieś usprawiedliwienie? Nie? Tak? Wszyscy tutaj jesteśmy trochę szaleni. Wpatrywał się przez moment z niedowierzaniem w Esme i Geraldine, ale szybko się zorientował i odwrócił spojrzenie na wodę. To nie była zazdrość. Nie było o co być zazdrosnym. To było ledwo pokłosie tego, przed czym kiedyś ostrzegała go Victoria, albo... nie. To było ledwo zderzenie z rzeczywistością, w której nie było się wcale wyjątkowym. To, co niby zawsze wiesz, ale kiedy patrzysz prosto na ten obrazek to zaczyna przełazić z wiedzy w uczucia. Jeszcze niezdrowe spojrzenie Perseusa, zupełnie dziwna i obca Victoria, która tylko przez moment uśmiechu była tą osobą, którą znał... Woda, w który się wpatrywał, mimo potencjalnej trucizny, jaką w sobie nosiła, zdawała się najbardziej realną rzeczą. Szkoda tylko, że i ona była obca. Nawet jego odbicie, rozbijane przez wiosłowanie Esme, było ledwo rozmytą plamą.
- Wybacz, Geraldine. - Spojrzał na Geraldine dopiero po jej mruknięciu i uśmiechnął się przepraszająco. To była jedna z tych min, która wyrażała więcej niż tysiąc słów. Tego się spodziewał, więc dobrze, że to wyniknęło teraz a nie później. O to chodziło. Przynajmniej dawało klarowny pogląd na sytuacje. A może po prostu kobieta miała gorszy nastrój bo była bardziej sarkastyczna niż rzeczowa. Tak... musiała mieć gorszy nastrój. Zawsze go miała przed stróżami prawa. A może przed przedstawicielami każdej osoby z Ministerstwa Magii? Płynnie przeszedł spojrzeniem do Esme, nie bardzo wiedząc, czy mówi poważnie, czy to była jedna z gier - zaczynając od jego pytania odnośnie nierozpoznania Victorii. Mimo tego, że miał poczucie, że powinien obserwować wszystkich, to wcale nie miał ochoty. Poczucie, że to dobrze, że są tu wszystkie znajome osoby zaczęło się przeradzać w poczucie, że ta znajomość była bardzo ułudna. Maski, które znasz, maski, których nie znasz... Właściwie uważał pomysł Esme za pomysł bardzo dobry, szczególnie w tak niezgranej drużynie. Bardzo sprytny pomysł. Chociaż Laurent równie sprytnie szukałby swojego wybawiciela do tego zadania. Oparł dłoń na podbródku już widząc wynik, że Victoria nie była dobrym liderem do takiego zadania, ale ona nim chyba nigdy nie była. Nie o to chodziło i w gruncie rzeczy to mu się nie podobało. Victoria nie miała być liderem, miała po prostu w kryzysowej sytuacji powiedzieć, czy to czas, żeby uciekać, a może czas, żeby rzucić kulę ognia przed siebie. Laurent jednak nie chciał wchodzić w tę rozwojową sytuację. Położył uspakajająco dłoń na ramieniu Victorii i obrócił głowę z powrotem do jeziora. Myślał. Myślał nad swoimi towarzyszami, a kiedy Esme puścił wiosła to podjął się rzuconego wyzwania i transmutował wiosła w dwa delfiny przyczepione do łodzi, które plusnęły do wody i pociągnęły ich łódź do przodu. Ale zgodnie z umową - po przepłynięciu odpowiedniego dystansu stały się znów wiosłami. Prosto do rączek Geraldine.
- Jak to bywa przyciągnęły mnie magiczne istoty. Których akurat nie powinno w okolicy być. - Laurent kochał pieniądze i cóż skoro można było zarobić dodatkowy stos galeonów za coś, co lubił robić z pretekstem podróży? Och tak, poproszę! I chociaż mógł mówić dalej to zamilkł widząc brud wody i cień pod ich łodzią.
To dawajcie tę krytyczną porażkę na transmutację
Sukces!
Slaby sukces...