24.04.2024, 22:37 ✶
– Takie karteczki z wypisanym urlopem mają tendencje do zawieruszania się w tajemniczych okolicznościach – powiedziała Brenna niewinnym tonem. Kiedyś, w przyszłości, gdy mugole wszystko zaczną informatyzować, lekarz będzie mógł sobie wystawić to zwolnienie wbrew woli pacjenta i ono trafi do pracodawcy tak czy inaczej, ale Brenna (i nie tylko ona) miała naprawdę doskonale opanowane ignorowanie zaleceń lekarskich na sto jeden sposób. Oczywiście, w granicach rozsądku. Tyle że tutaj to ona oceniała, co jest rozsądkiem…
– Wpadł na ciebie. Dwa razy – odbiła piłeczkę Brenna, cofając się od drzwi. Mogli się tak przerzucać bardzo długo, względem tego, kto z nich ma pecha, a kto ewentualnie go sprowadza albo jest tym pechem i… co więcej… wiele wskazywało na to, że w sumie to będą mieli faktycznie mnóstwo czasu na takie dyskusje, bo utknęli. Brennę to martwiło nie tylko dlatego, że byli zamknięci, ale martwiła się, że pan Ferdynand zrobi komuś krzywdę. – Macie jakąś ochronę na piętrze? On śmiał się jak żaba. Tylko szaleńcy tak się śmieją, a tamte magipielęgniarki nie wyglądały na wyszkolone do walki – powiedziała, zaniepokojona w tej chwili dobrem uzdrowicieli, pielęgniarek i innych pacjentów trochę bardziej niż tym, że każda sekunda w tym pomieszczeniu jest sekundą, o którą wolniej odrosną jej kości, bo Basilius nie mógł zacząć bez różdżki jej leczenia…
Odsunęła się od drzwi i czekała jednak, bardzo spokojnie, gdy Prewett krzyczał i walił pięściami w powierzchnię. Kto wie – to mogło w końcu przynieść jakiś rezultat, prawda? Ktoś mógł go usłyszeć. A jeżeli nawet nie, to może przynajmniej uzdrowiciel się wyładuje. Basilius wyglądał jej na takiego, kto bardzo stara się uchodzić za miłego i sympatycznego, a był przecież jednak po części Prewettem, więc te całe pokłady prewettowatości musiały się w nim gromadzić i jak czasem nie znajdą ujścia, to w końcu wybuchną z siłą wulkanu i zniszczą jakieś Pompeje.
– Mam różdżkę – powiedziała w końcu, ale dopiero wtedy, kiedy już przerwał swoją misję uderzania w drzwi. – Tylko nie mam kości – uzupełniła, a potem z pewnym trudem sięgnęła lewą ręką do prawej kieszeni, żeby wydobyć z niej różdżkę. Bo była, niestety, praworęczna, więc w tej chwili wszystko stawało się trudniejsze. – Mogę spróbować je otworzyć, ale ehem, wolałabym, żebyś się odsunął, a tak najlepiej to całkiem stanął za mną, żebym na pewno cię nie trafiła. Ona bywa czasem trochę kapryśna, a ja jednak nie trenowałam jakoś specjalnie rzucania czarów lewą ręką…
Te wymagały określonego gestu, a Brenna ćwiczyła je prawą. Ale tu chodziło o zwykłą alohomorę, prawda? Co mogło pójść nie tak?
– Wpadł na ciebie. Dwa razy – odbiła piłeczkę Brenna, cofając się od drzwi. Mogli się tak przerzucać bardzo długo, względem tego, kto z nich ma pecha, a kto ewentualnie go sprowadza albo jest tym pechem i… co więcej… wiele wskazywało na to, że w sumie to będą mieli faktycznie mnóstwo czasu na takie dyskusje, bo utknęli. Brennę to martwiło nie tylko dlatego, że byli zamknięci, ale martwiła się, że pan Ferdynand zrobi komuś krzywdę. – Macie jakąś ochronę na piętrze? On śmiał się jak żaba. Tylko szaleńcy tak się śmieją, a tamte magipielęgniarki nie wyglądały na wyszkolone do walki – powiedziała, zaniepokojona w tej chwili dobrem uzdrowicieli, pielęgniarek i innych pacjentów trochę bardziej niż tym, że każda sekunda w tym pomieszczeniu jest sekundą, o którą wolniej odrosną jej kości, bo Basilius nie mógł zacząć bez różdżki jej leczenia…
Odsunęła się od drzwi i czekała jednak, bardzo spokojnie, gdy Prewett krzyczał i walił pięściami w powierzchnię. Kto wie – to mogło w końcu przynieść jakiś rezultat, prawda? Ktoś mógł go usłyszeć. A jeżeli nawet nie, to może przynajmniej uzdrowiciel się wyładuje. Basilius wyglądał jej na takiego, kto bardzo stara się uchodzić za miłego i sympatycznego, a był przecież jednak po części Prewettem, więc te całe pokłady prewettowatości musiały się w nim gromadzić i jak czasem nie znajdą ujścia, to w końcu wybuchną z siłą wulkanu i zniszczą jakieś Pompeje.
– Mam różdżkę – powiedziała w końcu, ale dopiero wtedy, kiedy już przerwał swoją misję uderzania w drzwi. – Tylko nie mam kości – uzupełniła, a potem z pewnym trudem sięgnęła lewą ręką do prawej kieszeni, żeby wydobyć z niej różdżkę. Bo była, niestety, praworęczna, więc w tej chwili wszystko stawało się trudniejsze. – Mogę spróbować je otworzyć, ale ehem, wolałabym, żebyś się odsunął, a tak najlepiej to całkiem stanął za mną, żebym na pewno cię nie trafiła. Ona bywa czasem trochę kapryśna, a ja jednak nie trenowałam jakoś specjalnie rzucania czarów lewą ręką…
Te wymagały określonego gestu, a Brenna ćwiczyła je prawą. Ale tu chodziło o zwykłą alohomorę, prawda? Co mogło pójść nie tak?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.