25.04.2024, 00:53 ✶
— Może magia to emocje, ale za to są bardzo przewrotne. I nie wmówisz mi, że nie kryje się za tym jakaś większa obecność, która ma świadomość — odparł ze sporą dozą pewności siebie w głosie. Prowadzone między nimi dywagacje zdawały się wyrwać go z marazmu, który mu ostatnio towarzyszył, pozwalając mu się skupić na czymś innym niż własnej żałości. — Musi istnieć jakiś powód, dla którego czarna magia nas paczy. Coś odpowiada za to, jak emanacja negatywnych emocji wpływa na ludzi, gdy daje się jej ujście przez agresywne zaklęcia. Musi być też powód, dla którego świat kształtuje się tak, a nie inaczej. Magia może być sojusznikiem, sługą, a nawet niewolnikiem, ale nawet niewolnik ma własną wolę. Ograniczoną przez swoich ciemiężców, owszem, ale dalej ją posiada.
Gdzie w tym wszyscy byli bogowie wyznawani przez kowen i rzesze wiernych doktrynom natury czarodziejom i czarownicom? Nawet Erik nie znał odpowiedzi na te pytania. To kompletnie nie była jego domena. Chciał wierzyć, że na świecie było coś więcej, że istniały siły, które faktycznie mogły dokonać zmian na świecie. Była to jednak myśl równie pocieszająca, co przynoszą trwogę. Jaka w końcu mogłaby być natura tych bożków, skoro nie udzielali swej łaski tym, którzy walczyli o to, aby powstrzymać nadchodzącą ciemność? Na Polanie Ognisk podczas Beltane nie było bogów. Był tylko ludzki refleks i wola przetrwania.
— A więc nie jesteś żadnym jasnowidzem, a po prostu empatą, który wyczuwa ludzkie przeżycia ze sporym wyprzedzeniem. To ogromna różnica, Dolohov — podsumował skrzętnie Longbottom. — Nic dziwnego, że wasze wizje są niespójne, skoro ich źródłem jest czynnik tak niespójny jak ludzkie emocje.
Czy brzmiał, jakby robił Vakelowi wyrzuty z tego powodu? Cóż, może miał lekkie pretensje, jednak nie były one ukierunkowane bezpośrednio we wróżbitę, a raczej do całej społeczności jemu podobnych. Dotychczas wydawało mu się, że jasnowidze widzą czystsze ścieżki, jednak biorąc pod uwagę informacje od Dolohova... Wiele wskazywało na to, że były to drogi pełne cierni, plam i pourywanych ścieżek, skoro w grę wchodził czynnik ludzki. A to wprowadzało mnóstwo zamieszania. Wiedział to po sobie.
Gdyby ktoś go zapytał kilka miesięcy temu, jak wyobraża sobie lato '72 roku, nie zgadłby, że wyląduje w takim położeniu. Na miejsce, w którym się obecnie znajdował życiowo, składało się wiele czynników i każdy z nich stanowił sumę wielu wyborów; zarówno tych podjętych przez niego, jak i innych ludzi, a nawet elementy losowe, które mogły zmieniać się w zależności od pory dnia. Nie powinien być zaskoczony, że przepowiednie tak rzadko bywały ostre i wyraźne.
— Doceniam to — przyznał miękko, uśmiechając się pod nosem. Trącił go ramieniem, chociaż zrobił to na tyle delikatnie, że uznałby to raczej za muśnięcie. — Ty też jesteś ciekawy. Chociaż byłbyś dużo bardziej przystępny, gdybyś nie miał w sobie takiej... buty. Chociaż akurat to, jak sądzę, jest część twojego uroku. I wizerunku wykreowanego na potrzeby marki.
Bądź co bądź, nazwisko Dolohov była obecnie marką samą w sobie. Może prowadzony przez Vakela biznes nie był taki duży w porównaniu z monstrum w formie Domu Mody Rosier, ale był rozpoznawalny, więc przy zestawieniu słów ''Dolohov'' i ''wróżbiarstwo'' ludzie od razu wiedzieli o kim mowa i zapewne nawet mieszkańcy Doliny Godryka i Little Hangleton byliby w stanie wskazać, gdzie znajduje się jego słynny gabinet. Erik to rozumiał. Znalezienie się w świetle fleszy reporterów i dziennikarzy wiązało się z pewnymi wyrzeczeniami.
Nie można było być w stu procentach szczerym, bo inaczej te sępy rozerwałyby człowieka na strzępy przy pierwszej okazji, gdyby ktoś faktycznie się przed nimi odsłonił. Longbottom gardził takim postępowaniem, jednak wiedział, czemu tak postępowano. Ludzi przyciągały ludzkie historie, a nie było nic bardziej autentycznego od ludzkich emocji. Potrafiły zjednywać tysiące ludzi, ale i kompletnie ich polaryzować. Może dlatego cały czas szukano złotego środka, swoistego punktu równowagi, który pozwoliłby na wybicie się ponad rzesze ludzi przy jednoczesnym zachowaniu ich poklasku.
— To było coś makabrycznego prawda? Woda i płomienie świętych ognisk pewnie szybko stały się przereklamowane — mruknął z kwaśną miną, jakby wróżbici sprzed wieków zrobili mu afront, sięgając po bardziej barbarzyńskie formy zerkania w przyszłość. — Niech zgadnę, to były kości. A zaraz za nimi wnętrzności zwierząt i ludzkie organy. A kiedy chcieli naprawdę kogoś zaskoczyć, to wypełniali czarki krwią i trującą mieszanką ziół, grzybów i owoców. Coś w tym stylu?
Uniósł pytająco brew z całkowicie kamienną twarzą. Akurat teraz nie żartował. Miał pośród znajomych paru wróżbitów, jednak był przyzwyczajony, że ci raczej wieszczyli przy pomocy kart lub ''spontanicznie''. A z lekcji wróżbiarstwa w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie kojarzył tyle, że można było wyczytać masę rzeczy z fusów po herbacie. Kryształowe kule... Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek coś w nich zobaczył. A może po prostu te zajęcia kompletnie wypadły mu z pamięci, wypchnięte poza granice jego świadomości przez nowsze i bardziej absorbujące wspomnienia?
— Za nic bym nie przegapił prywatnej sesji z tobą — rzucił z początku żartobliwie, celowo jednak zaniżając swój głos i wlepiając w Vakela bezbronne spojrzenie. Gdyby nie to, że miał prawie dwa metry i był mocno zbudowany, można by było pokusić się o porównanie go do jagnięcia gotowego wejść z własnej woli pod nóż wróżbity, tylko po to, aby wyświadczyć mu przysługę. Teraz przypominał raczej barana. Łagodnego, ale dalej barana. — Najlepiej wieczorem, kiedy nikt już nie będzie nam zawracał głowy. Żadnych wezwań do Ministerstwa Magii. Żadnych petentów w ''Prawach Czasu''. Tylko ty i ja. My i gwiazdy.
@Vakel Dolohov
Gdzie w tym wszyscy byli bogowie wyznawani przez kowen i rzesze wiernych doktrynom natury czarodziejom i czarownicom? Nawet Erik nie znał odpowiedzi na te pytania. To kompletnie nie była jego domena. Chciał wierzyć, że na świecie było coś więcej, że istniały siły, które faktycznie mogły dokonać zmian na świecie. Była to jednak myśl równie pocieszająca, co przynoszą trwogę. Jaka w końcu mogłaby być natura tych bożków, skoro nie udzielali swej łaski tym, którzy walczyli o to, aby powstrzymać nadchodzącą ciemność? Na Polanie Ognisk podczas Beltane nie było bogów. Był tylko ludzki refleks i wola przetrwania.
— A więc nie jesteś żadnym jasnowidzem, a po prostu empatą, który wyczuwa ludzkie przeżycia ze sporym wyprzedzeniem. To ogromna różnica, Dolohov — podsumował skrzętnie Longbottom. — Nic dziwnego, że wasze wizje są niespójne, skoro ich źródłem jest czynnik tak niespójny jak ludzkie emocje.
Czy brzmiał, jakby robił Vakelowi wyrzuty z tego powodu? Cóż, może miał lekkie pretensje, jednak nie były one ukierunkowane bezpośrednio we wróżbitę, a raczej do całej społeczności jemu podobnych. Dotychczas wydawało mu się, że jasnowidze widzą czystsze ścieżki, jednak biorąc pod uwagę informacje od Dolohova... Wiele wskazywało na to, że były to drogi pełne cierni, plam i pourywanych ścieżek, skoro w grę wchodził czynnik ludzki. A to wprowadzało mnóstwo zamieszania. Wiedział to po sobie.
Gdyby ktoś go zapytał kilka miesięcy temu, jak wyobraża sobie lato '72 roku, nie zgadłby, że wyląduje w takim położeniu. Na miejsce, w którym się obecnie znajdował życiowo, składało się wiele czynników i każdy z nich stanowił sumę wielu wyborów; zarówno tych podjętych przez niego, jak i innych ludzi, a nawet elementy losowe, które mogły zmieniać się w zależności od pory dnia. Nie powinien być zaskoczony, że przepowiednie tak rzadko bywały ostre i wyraźne.
— Doceniam to — przyznał miękko, uśmiechając się pod nosem. Trącił go ramieniem, chociaż zrobił to na tyle delikatnie, że uznałby to raczej za muśnięcie. — Ty też jesteś ciekawy. Chociaż byłbyś dużo bardziej przystępny, gdybyś nie miał w sobie takiej... buty. Chociaż akurat to, jak sądzę, jest część twojego uroku. I wizerunku wykreowanego na potrzeby marki.
Bądź co bądź, nazwisko Dolohov była obecnie marką samą w sobie. Może prowadzony przez Vakela biznes nie był taki duży w porównaniu z monstrum w formie Domu Mody Rosier, ale był rozpoznawalny, więc przy zestawieniu słów ''Dolohov'' i ''wróżbiarstwo'' ludzie od razu wiedzieli o kim mowa i zapewne nawet mieszkańcy Doliny Godryka i Little Hangleton byliby w stanie wskazać, gdzie znajduje się jego słynny gabinet. Erik to rozumiał. Znalezienie się w świetle fleszy reporterów i dziennikarzy wiązało się z pewnymi wyrzeczeniami.
Nie można było być w stu procentach szczerym, bo inaczej te sępy rozerwałyby człowieka na strzępy przy pierwszej okazji, gdyby ktoś faktycznie się przed nimi odsłonił. Longbottom gardził takim postępowaniem, jednak wiedział, czemu tak postępowano. Ludzi przyciągały ludzkie historie, a nie było nic bardziej autentycznego od ludzkich emocji. Potrafiły zjednywać tysiące ludzi, ale i kompletnie ich polaryzować. Może dlatego cały czas szukano złotego środka, swoistego punktu równowagi, który pozwoliłby na wybicie się ponad rzesze ludzi przy jednoczesnym zachowaniu ich poklasku.
— To było coś makabrycznego prawda? Woda i płomienie świętych ognisk pewnie szybko stały się przereklamowane — mruknął z kwaśną miną, jakby wróżbici sprzed wieków zrobili mu afront, sięgając po bardziej barbarzyńskie formy zerkania w przyszłość. — Niech zgadnę, to były kości. A zaraz za nimi wnętrzności zwierząt i ludzkie organy. A kiedy chcieli naprawdę kogoś zaskoczyć, to wypełniali czarki krwią i trującą mieszanką ziół, grzybów i owoców. Coś w tym stylu?
Uniósł pytająco brew z całkowicie kamienną twarzą. Akurat teraz nie żartował. Miał pośród znajomych paru wróżbitów, jednak był przyzwyczajony, że ci raczej wieszczyli przy pomocy kart lub ''spontanicznie''. A z lekcji wróżbiarstwa w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie kojarzył tyle, że można było wyczytać masę rzeczy z fusów po herbacie. Kryształowe kule... Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek coś w nich zobaczył. A może po prostu te zajęcia kompletnie wypadły mu z pamięci, wypchnięte poza granice jego świadomości przez nowsze i bardziej absorbujące wspomnienia?
— Za nic bym nie przegapił prywatnej sesji z tobą — rzucił z początku żartobliwie, celowo jednak zaniżając swój głos i wlepiając w Vakela bezbronne spojrzenie. Gdyby nie to, że miał prawie dwa metry i był mocno zbudowany, można by było pokusić się o porównanie go do jagnięcia gotowego wejść z własnej woli pod nóż wróżbity, tylko po to, aby wyświadczyć mu przysługę. Teraz przypominał raczej barana. Łagodnego, ale dalej barana. — Najlepiej wieczorem, kiedy nikt już nie będzie nam zawracał głowy. Żadnych wezwań do Ministerstwa Magii. Żadnych petentów w ''Prawach Czasu''. Tylko ty i ja. My i gwiazdy.
@Vakel Dolohov
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞