25.04.2024, 08:59 ✶
Brenna spędziła większość dnia na badaniu sprawy Kansingtona i jego - teraz już była pewna - dostaw towarów dla alchemików, które czerpał z nielegalnych źródeł. Odwiedziła kilka sklepów, wysłała parę sów, sprawdziła tonę papierów, wystąpiła o nakaz aresztowania i miała już się zbierać do domu (wyjątkowo wychodząc prawie - że - o - czasie, bo czekało ją jeszcze spakowaniu paru rzeczy na wyjazd, jutro prawdopodobnie nie zdąży...), kiedy Rhynda z bardzo nieszczęśliwą miną stanęła nad jej biurkiem i oświadczyła, że McKinnona wcięło podczas patrolu.
Z dużym prawdopodobieństwem kobieta zakładała, że Hadesowi wcale nic się nie stało, a znikł i nie odmeldował się głównie dlatego, że postanowił zmienić pracę albo udawać martwego, albo żona zażądała, żeby wrócił do domu i pomógł jej z praniem. I nikt za bardzo nie chciał pójść sprawdzać, co się stało, bo po pierwsze, każdy był obładowany, po drugie, niektórzy zwyczajnie chyba Hadesa McKinnona się bali – może ze względu na jego wzrost, może ze względu na sposób wysławiania się, a może na te wszystkie plotki otaczające McKinnonów. (Skojarzenia „dziwki”, „trupy”, „nie da się ich zabić” i „uważaj, bo mogą dojebać ci do pączka amortencji albo trucizny” nasuwały się zwykle same.)
Brenna podejrzewała, że Hades jednak nie prowadza ze sobą martwych dziwek, nie było powodu chwilowo do zabijania go (nie, żeby nie była odrobinę podejrzliwa, jego nagły powrót i koneksje rodzinne wzbudzały ostrożność wobec człowieka, którego kiedyś przecież lubiła), i nie sadziła, że ten dodawałby komukolwiek amortencji, więc z westchnieniem ruszyła do miejsca, gdzie Hadesa zgubił partner. W bocznej alejce zmieniła się w wilka, starając się podchwycić trop. Na szczęście dla niej – nie wiódł na główną ulicę, gdzie pojawienie się wielkiej, ciemnej wilczycy może nie wywołałoby paniki (to był magiczny Londyn w końcu), ale pewnie zwróciłoby uwagę. Wyglądało na to, że Hades plątał się w obrębie bocznych uliczek, na dość niewielkiej przestrzeni, w tę i z powrotem: tropy były mocne i plątały się ze sobą, jakby krążył tutaj dość długi czas… po jaką cholerę?
Podążyła za zapachem i gdy wybiegła zza rogu, z daleka dostrzegła Hadesa McKinnona, siedzącego pod ścianą.
Pociągnęła nosem. Nie czuła krwi. Nie czuła też alkoholu. Nie był ranny, nie był upity, prawdopodobnie nie był naćpany, a przynajmniej nie takim narkotykiem, jaki mógłby być wyczuwalny. Nie czuła też innych, świeżych zapachów: w pobliżu nie było nikogo, kto go tak urządził. Brenna przemieniła się więc z powrotem za kubłem na śmieci i ruszyła w jego stronę, na wszelki wypadek palce zaciskając na różdżce.
– Hades? Co jest? – spytała, podchodząc, powoli i mierząc go spojrzeniem, w poszukiwaniu obrażeń. Brak krwi nie znaczył, że wszystko w porządku: mógł oberwać jakimś paskudnym czarem.
Z dużym prawdopodobieństwem kobieta zakładała, że Hadesowi wcale nic się nie stało, a znikł i nie odmeldował się głównie dlatego, że postanowił zmienić pracę albo udawać martwego, albo żona zażądała, żeby wrócił do domu i pomógł jej z praniem. I nikt za bardzo nie chciał pójść sprawdzać, co się stało, bo po pierwsze, każdy był obładowany, po drugie, niektórzy zwyczajnie chyba Hadesa McKinnona się bali – może ze względu na jego wzrost, może ze względu na sposób wysławiania się, a może na te wszystkie plotki otaczające McKinnonów. (Skojarzenia „dziwki”, „trupy”, „nie da się ich zabić” i „uważaj, bo mogą dojebać ci do pączka amortencji albo trucizny” nasuwały się zwykle same.)
Brenna podejrzewała, że Hades jednak nie prowadza ze sobą martwych dziwek, nie było powodu chwilowo do zabijania go (nie, żeby nie była odrobinę podejrzliwa, jego nagły powrót i koneksje rodzinne wzbudzały ostrożność wobec człowieka, którego kiedyś przecież lubiła), i nie sadziła, że ten dodawałby komukolwiek amortencji, więc z westchnieniem ruszyła do miejsca, gdzie Hadesa zgubił partner. W bocznej alejce zmieniła się w wilka, starając się podchwycić trop. Na szczęście dla niej – nie wiódł na główną ulicę, gdzie pojawienie się wielkiej, ciemnej wilczycy może nie wywołałoby paniki (to był magiczny Londyn w końcu), ale pewnie zwróciłoby uwagę. Wyglądało na to, że Hades plątał się w obrębie bocznych uliczek, na dość niewielkiej przestrzeni, w tę i z powrotem: tropy były mocne i plątały się ze sobą, jakby krążył tutaj dość długi czas… po jaką cholerę?
Podążyła za zapachem i gdy wybiegła zza rogu, z daleka dostrzegła Hadesa McKinnona, siedzącego pod ścianą.
Pociągnęła nosem. Nie czuła krwi. Nie czuła też alkoholu. Nie był ranny, nie był upity, prawdopodobnie nie był naćpany, a przynajmniej nie takim narkotykiem, jaki mógłby być wyczuwalny. Nie czuła też innych, świeżych zapachów: w pobliżu nie było nikogo, kto go tak urządził. Brenna przemieniła się więc z powrotem za kubłem na śmieci i ruszyła w jego stronę, na wszelki wypadek palce zaciskając na różdżce.
– Hades? Co jest? – spytała, podchodząc, powoli i mierząc go spojrzeniem, w poszukiwaniu obrażeń. Brak krwi nie znaczył, że wszystko w porządku: mógł oberwać jakimś paskudnym czarem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.