25.04.2024, 10:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2024, 10:06 przez Brenna Longbottom.)
Abigail najwyraźniej potrafiła rozgadać się podobnie jak Brenna – ewentualnie bardzo potrzebowała do kogoś pogadać, a nie bardzo miała do kogo. Mogło wydawać się to paradoksalne, biorąc pod uwagę, ilu otaczało ją krewnych, ale skoro w rodzinie trwała zimna wojna, niekiedy przechodząca w nieco bardziej gorące stadia, Brenna nie do końca się temu dziwiła.
Wysłuchała słów Abigail w dość nietypowym dla siebie milczeniu, ale spoglądała na nią znad rozstawianej zastawy, wyraźnie słuchając. I pomyślała, że może to nie tylko dobroć serca – że może to też trochę wyrzuty sumienia, że oni byli tutaj i mierzyli się z takimi problemami, gdy jego wciągał inny świat i tocząca się tuż obok mugoli ukryta wojna. Wieczne rozdarcie mugolaków.
– Troszczy się o was. To normalne – powiedziała w końcu, posyłając Abigail kolejny uśmiech. – Chyba nie wspominał, ale właściwie nie jestem zdziwiona. – Jakoś nawet przez chwilę nie brała pod uwagę, że Hardwick pojawia się tutaj, aby wyszarpywać dla siebie coś z majątku. Pewnie by mógł i pewnie by mu się to przydało, bo pensję Brygadzisty miał niezłą, ale przecież nie był bogaczem, a kiedyś będzie chciał od życia czegoś więcej – własnego domu, może rodziny albo przynajmniej kupienia sobie absurdalnie drogiego samochodu. Pewnie już sięgałby po te wszystkie rzeczy, gdyby w ich świecie nie trwała wojna, która zbyt wiele rzeczy stawiała na głowie. – Hm, nie znam się za bardzo na takich sprawach, ale jeżeli mam być szczera, to chociaż wydaje mi się, że każdemu dziecko coś się należy, to nie mogę zgodzić się z Matthiasem. Więzy krwi są ważne, ale chodzi przecież o coś więcej. Jak lojalność i włożona praca. A i spłata wydaje mi się sensowniejsza niż dzielenie ziemi, ale pewnie patrzę tak dlatego, że takie są zwyczaje w mojej rodzinie.
W tej chwili Matthias jawił się jej trochę jako oportunista, który chciał skorzystać z okazji. Skoro Albert i Connor troszczyli się o to miejsce, w jej oczach nie było sprawiedliwe, aby ktoś, kto rodzinie nie pomagał, domagał się takich samych udziałów. Podziały ziemi zaś może były rozsądne, ale Brenna nie patrzyła na to oczyma mugolki – a córki rodu czystej krwi.
Każdy członek rodziny miał swoje miejsce w Warowni i dla każdego wyciągnięto by pieniądze z rodzinnego skarbca, by wesprzeć go w karierze i trudnej chwili. Ale pewnego dnia jedynym panem Warowni, z imienia właścicielem sadów i ogrodu, które ją otaczały, stanie się Erik. I Brennie nigdy nie przyszłoby do głowy, aby domagać się w tym udziału albo choćby spłaty. Z drugiej strony patrzyła też na to w ten sposób dlatego, że majątek matki i całkiem pokaże pieniądze ojca już dawno zabezpieczyły jej przyszłość – a poza tym nie sięgała wzrokiem do przodu dalej niż na kilka miesięcy, świadoma widma mroku, które nad nimi wszystkimi wisiało.
Chyba nie wierzyła, że przeżyje własnego dziadka.
– Możesz mnie bezczelnie wykorzystywać do wygadywania się, ile zechcesz. Ja zwykle nie mam oporów i trajkocę aż ludziom uszy więdną – stwierdziła, i nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo oto do środka wpadła kolejna osoba: Brenna uśmiechnęła się mimowolnie, słysząc jej trajkotanie i pomyślała, że może dlatego Thomas miał tak dużą tolerancję na nią, i to już w Hogwarcie. Przywykł. Przypominała mi wiecznie rozgadane siostry.
Z pewnością była to Lizzie od wypieków z niespodzianką. Nie musiała się nawet przedstawiać.
– Cześć, tak, to ja, myślę, że jestem całkiem istniejąca, boję się aż zapytać, bo on o mnie pisał, skoro uznaliście, że jednak jestem wymyślona – powiedziała, posyłając jej uśmiech, w momencie, w którym udało się jej wtrącić w słowotok Lizzie. – Cześć, miło was poznać – zapewniła, gdy pojawił się Thomas i dokonano kolejnej prezentacji: to była chyba jej nowa mantra.
Przy stole ścichła nieco, głównie dlatego, że ludzi wokół było mnóstwo, co nie onieśmielało Brenny może, za to skłaniało do pewnych obserwacji. Podczas modlitwy skłoniła lekko głowę, bo może nie była to jej modlitwa i jej Bóg, ale mogła okazać szacunek ich wierzeniom: zresztą, czy w ostatecznym rozrachunku i on nie był po prostu towarzyszem bądź innym obliczem Pani Księżyca?
– Bardzo ładny dom i gospodarstwo, pani Hardwick. Miałam okazję zobaczyć na razie tylko kawałek ogrodu, ale jest świetny – zapewniła wesoło znad swojego talerza, kiedy zagadnęła ją matka Thomasa. – Thomas mówił, że muszę też koniecznie zobaczyć traktor.
Może tym razem nie spróbuje jej zabić.
Wysłuchała słów Abigail w dość nietypowym dla siebie milczeniu, ale spoglądała na nią znad rozstawianej zastawy, wyraźnie słuchając. I pomyślała, że może to nie tylko dobroć serca – że może to też trochę wyrzuty sumienia, że oni byli tutaj i mierzyli się z takimi problemami, gdy jego wciągał inny świat i tocząca się tuż obok mugoli ukryta wojna. Wieczne rozdarcie mugolaków.
– Troszczy się o was. To normalne – powiedziała w końcu, posyłając Abigail kolejny uśmiech. – Chyba nie wspominał, ale właściwie nie jestem zdziwiona. – Jakoś nawet przez chwilę nie brała pod uwagę, że Hardwick pojawia się tutaj, aby wyszarpywać dla siebie coś z majątku. Pewnie by mógł i pewnie by mu się to przydało, bo pensję Brygadzisty miał niezłą, ale przecież nie był bogaczem, a kiedyś będzie chciał od życia czegoś więcej – własnego domu, może rodziny albo przynajmniej kupienia sobie absurdalnie drogiego samochodu. Pewnie już sięgałby po te wszystkie rzeczy, gdyby w ich świecie nie trwała wojna, która zbyt wiele rzeczy stawiała na głowie. – Hm, nie znam się za bardzo na takich sprawach, ale jeżeli mam być szczera, to chociaż wydaje mi się, że każdemu dziecko coś się należy, to nie mogę zgodzić się z Matthiasem. Więzy krwi są ważne, ale chodzi przecież o coś więcej. Jak lojalność i włożona praca. A i spłata wydaje mi się sensowniejsza niż dzielenie ziemi, ale pewnie patrzę tak dlatego, że takie są zwyczaje w mojej rodzinie.
W tej chwili Matthias jawił się jej trochę jako oportunista, który chciał skorzystać z okazji. Skoro Albert i Connor troszczyli się o to miejsce, w jej oczach nie było sprawiedliwe, aby ktoś, kto rodzinie nie pomagał, domagał się takich samych udziałów. Podziały ziemi zaś może były rozsądne, ale Brenna nie patrzyła na to oczyma mugolki – a córki rodu czystej krwi.
Każdy członek rodziny miał swoje miejsce w Warowni i dla każdego wyciągnięto by pieniądze z rodzinnego skarbca, by wesprzeć go w karierze i trudnej chwili. Ale pewnego dnia jedynym panem Warowni, z imienia właścicielem sadów i ogrodu, które ją otaczały, stanie się Erik. I Brennie nigdy nie przyszłoby do głowy, aby domagać się w tym udziału albo choćby spłaty. Z drugiej strony patrzyła też na to w ten sposób dlatego, że majątek matki i całkiem pokaże pieniądze ojca już dawno zabezpieczyły jej przyszłość – a poza tym nie sięgała wzrokiem do przodu dalej niż na kilka miesięcy, świadoma widma mroku, które nad nimi wszystkimi wisiało.
Chyba nie wierzyła, że przeżyje własnego dziadka.
– Możesz mnie bezczelnie wykorzystywać do wygadywania się, ile zechcesz. Ja zwykle nie mam oporów i trajkocę aż ludziom uszy więdną – stwierdziła, i nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo oto do środka wpadła kolejna osoba: Brenna uśmiechnęła się mimowolnie, słysząc jej trajkotanie i pomyślała, że może dlatego Thomas miał tak dużą tolerancję na nią, i to już w Hogwarcie. Przywykł. Przypominała mi wiecznie rozgadane siostry.
Z pewnością była to Lizzie od wypieków z niespodzianką. Nie musiała się nawet przedstawiać.
– Cześć, tak, to ja, myślę, że jestem całkiem istniejąca, boję się aż zapytać, bo on o mnie pisał, skoro uznaliście, że jednak jestem wymyślona – powiedziała, posyłając jej uśmiech, w momencie, w którym udało się jej wtrącić w słowotok Lizzie. – Cześć, miło was poznać – zapewniła, gdy pojawił się Thomas i dokonano kolejnej prezentacji: to była chyba jej nowa mantra.
Przy stole ścichła nieco, głównie dlatego, że ludzi wokół było mnóstwo, co nie onieśmielało Brenny może, za to skłaniało do pewnych obserwacji. Podczas modlitwy skłoniła lekko głowę, bo może nie była to jej modlitwa i jej Bóg, ale mogła okazać szacunek ich wierzeniom: zresztą, czy w ostatecznym rozrachunku i on nie był po prostu towarzyszem bądź innym obliczem Pani Księżyca?
– Bardzo ładny dom i gospodarstwo, pani Hardwick. Miałam okazję zobaczyć na razie tylko kawałek ogrodu, ale jest świetny – zapewniła wesoło znad swojego talerza, kiedy zagadnęła ją matka Thomasa. – Thomas mówił, że muszę też koniecznie zobaczyć traktor.
Może tym razem nie spróbuje jej zabić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.