25.04.2024, 14:20 ✶
Camille uśmiechnęła się lekko. Jej się pytał o to, czy miał odwagę? Te słowa nie brzmiały pewnie. Laurence zachowywał się jakby się zagubił. Stracił z oczu wcześniej wytyczoną ścieżkę, którą wybrał, i teraz błądził w gąszczu, nie potrafiąc na nią wrócić. Współczuła mu, bo takie życie nie było łatwe. Sama przez to przechodziła i rozumiała go lepiej, niż by chciała. Powrót do wybranego kierunku lub obranie nowej drogi nigdy nie były łatwe - czasem zagubienie się było konieczne, by móc zrobić krok w tył i by okazało się, że ta ścieżka wciąż była obok, tylko uparcie nie chcieliśmy jej dostrzegać.
Camille przygryzła lekko dolną wargę, opuszczając wzrok na swoją białą kawę. Wzięła jej kolejny łyk, jakby chciała dać sobie czas na odpowiedź. Na zebranie myśli, które kołatały się w jej umyśle i odbijały od ścianek, zagłuszając wszystko inne. Nigdy nie śmiała nawet myśleć o tym, że życie będzie łatwiejsze - przygotowała się na to, że z biegiem lat będzie coraz trudniej i ciężej. Nigdy też jednak nie podejrzewała, że Laurence się do niej odezwie. Nie po tym, co zrobił. Ale miała rację - chciała wierzyć, że zrobił to, co najlepsze. Popełnił błąd, ale ten błąd dał nowe życie. Jedno odebrał, ale to nie była jego wina. Tylko... Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla niej?
- Laurence... - powiedziała w końcu, odkładając filiżankę. Wyciągnęła rękę, by ostrożnie położyć ją na jego dłoni. Dopiero po tym ruchu zdecydowała się spojrzeć mu w oczy. - Zauważyłeś, że od lat starasz się kogoś zadowolić?
Zapytała cicho, odrobinę przekrzywiając głowę. Jasne włosy rozsypały się wokół jej twarzy, aż prosząc się o to, by zaczesać blond pukle za ucho.
- Pamiętasz, co kiedyś ci mówiłam? Że powinieneś patrzeć na swoje szczęście? - zapytała, a jej spojrzenie odrobinę złagodniało. Przecież nie była okrutna, naprawdę go kochała - wtedy, przez kolejne lata i teraz. Po prostu się cholernie bała, że tym razem jeżeli Lestrange znowu postanowi uciec i wybrać to, co lepsze i łatwiejsze, to tego nie przeżyje. Stanie się pustą skorupą i to będzie początek jej końca. - Teraz to wygląda trochę inaczej, bo powinieneś myśleć też o swoim synu. Bycie rodzicem nakłada na ludzi pewne ograniczenia, ale to nie znaczy, że masz zapominać o sobie. Czego TY tak naprawdę pragniesz? Jeżeli mojego przebaczenia, to wybaczyłam ci już dawno. Zrobiłeś to, co musiałeś.
Powiedziała poważnie. Taka była prawda - to, że się bała nie oznaczało, że mu nie wybaczyła. Miała na to całe lata - na to, by oswoić się z sytuacją i przekonać samą siebie, że tak było dla każdego najlepiej. Jakaś uraza została, oczywiście, bolało jak jasna cholera i tej drzazgi pewnie nigdy nie uda jej się wyciągnąć z serca. Ale nie oznaczało to, że pielęgnowała w sobie przez te lata nienawiść. Wręcz przeciwnie.
Nie odpowiedziała na to subtelne pytanie o drugą szansę. Nie chciała dawać mu odpowiedzi, nie wiedząc, czy Laurence jest pewny tego, o co prosi. Dlatego go poprosiła o to, by zastanowił się, czego pragnie. By się zatrzymał, przestał błądzić i zamknął na chwilę oczy. Wziął głęboki wdech i rozejrzał się, próbując dostrzec ścieżkę, być może nową, którą chce podążać. Chciała, by był pewny tego, o co prosi. Tak jak wtedy, gdy po jednej z licznych kolacji i rozmów po prostu ją pocałował, chociaż i wtedy uciekł, zostawiając ją w szoku na progu mieszkania.
Camille przygryzła lekko dolną wargę, opuszczając wzrok na swoją białą kawę. Wzięła jej kolejny łyk, jakby chciała dać sobie czas na odpowiedź. Na zebranie myśli, które kołatały się w jej umyśle i odbijały od ścianek, zagłuszając wszystko inne. Nigdy nie śmiała nawet myśleć o tym, że życie będzie łatwiejsze - przygotowała się na to, że z biegiem lat będzie coraz trudniej i ciężej. Nigdy też jednak nie podejrzewała, że Laurence się do niej odezwie. Nie po tym, co zrobił. Ale miała rację - chciała wierzyć, że zrobił to, co najlepsze. Popełnił błąd, ale ten błąd dał nowe życie. Jedno odebrał, ale to nie była jego wina. Tylko... Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla niej?
- Laurence... - powiedziała w końcu, odkładając filiżankę. Wyciągnęła rękę, by ostrożnie położyć ją na jego dłoni. Dopiero po tym ruchu zdecydowała się spojrzeć mu w oczy. - Zauważyłeś, że od lat starasz się kogoś zadowolić?
Zapytała cicho, odrobinę przekrzywiając głowę. Jasne włosy rozsypały się wokół jej twarzy, aż prosząc się o to, by zaczesać blond pukle za ucho.
- Pamiętasz, co kiedyś ci mówiłam? Że powinieneś patrzeć na swoje szczęście? - zapytała, a jej spojrzenie odrobinę złagodniało. Przecież nie była okrutna, naprawdę go kochała - wtedy, przez kolejne lata i teraz. Po prostu się cholernie bała, że tym razem jeżeli Lestrange znowu postanowi uciec i wybrać to, co lepsze i łatwiejsze, to tego nie przeżyje. Stanie się pustą skorupą i to będzie początek jej końca. - Teraz to wygląda trochę inaczej, bo powinieneś myśleć też o swoim synu. Bycie rodzicem nakłada na ludzi pewne ograniczenia, ale to nie znaczy, że masz zapominać o sobie. Czego TY tak naprawdę pragniesz? Jeżeli mojego przebaczenia, to wybaczyłam ci już dawno. Zrobiłeś to, co musiałeś.
Powiedziała poważnie. Taka była prawda - to, że się bała nie oznaczało, że mu nie wybaczyła. Miała na to całe lata - na to, by oswoić się z sytuacją i przekonać samą siebie, że tak było dla każdego najlepiej. Jakaś uraza została, oczywiście, bolało jak jasna cholera i tej drzazgi pewnie nigdy nie uda jej się wyciągnąć z serca. Ale nie oznaczało to, że pielęgnowała w sobie przez te lata nienawiść. Wręcz przeciwnie.
Nie odpowiedziała na to subtelne pytanie o drugą szansę. Nie chciała dawać mu odpowiedzi, nie wiedząc, czy Laurence jest pewny tego, o co prosi. Dlatego go poprosiła o to, by zastanowił się, czego pragnie. By się zatrzymał, przestał błądzić i zamknął na chwilę oczy. Wziął głęboki wdech i rozejrzał się, próbując dostrzec ścieżkę, być może nową, którą chce podążać. Chciała, by był pewny tego, o co prosi. Tak jak wtedy, gdy po jednej z licznych kolacji i rozmów po prostu ją pocałował, chociaż i wtedy uciekł, zostawiając ją w szoku na progu mieszkania.