25.04.2024, 14:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2024, 12:45 przez Samuel McGonagall.)
– Teleportować? Och tak umiem, ale... ale to nie kończyło się dobrze jak się uczyłem w sensie zawsze wtedy odzywała się klątwa i... no ostatnio jak się teleportowałem to się nie odezwała i mnie to bardzo zdziwiło bo byłem już pogodzony z tym że umrę. Nie kończył, umilkł nagle i zasłonił dłońmi twarz. Nie chciał jej o tym mówić, nie chciał jej martwić, w ogóle nie chciał być zmartwieniem dla kogokolwiek. – A te proszki? Jak one działają? Nigdy o nich nie słyszałem. O co chodzi z tą siecią? – Problem z Brenną polegał na tym, że przez lata podawała mu miliony bardzo użytecznych treści, ale w tamtym momencie, ponieważ nie były one użyteczne dla niego, to zbyt łatwo odpuszczał temat, zbyt łatwo zapominał o tym. Fiu... To brzmiało znajomo, ale nigdy, przenigdy nie stosował tego i podchodził nieufnie do sposobów teleportacji zwłaszcza jeśli mógł latać. Ale teraz mówiła o tym Ginny, krew z krwi, jedyna jego rodzaju, pierwsza, która miała doprowadzić go do pozostałych. Jej mógł ufać.
– Bo wiesz, bo ja wszędzie latam, ale o tym wiedzą tylko nieliczni bo... No... mama nie chciała, żeby gdzieś to było zapisane. Mówiła, że kiedy nikt nie będzie o tym wiedział, to łatwiej będzie mi uciec, kiedy po mnie przyjdą.– kimkolwiek mieli być Ci oni. Nie zdążyła mu wyjaśnić kogo konkretnie miała na myśli. Przeszedł go dreszcz, kolejna tajemnica złamana, czuł zaciśniętą doń matki na własnych ramionach, czuł jej karzące spojrzenie choć była tak daleka, nieobecna, od tylu lat...
Kiwał i pochrumkiwał onomatopejami na znak że słucha, gdy opowiadała mu o miejscu, ktore być może zobaczy w najbliższym czasie. To brzmiało jak sen, to brzmiało jak nierealne marzenie, a nie rzeczywistość, która mu się właśnie działa. Gdy nagle nazwała go kochaniem, gdy powiedziała, że nie ma powodów by czuł się gorszy i że też nie kończyła Hogwartu... och, rozkleił się już zupełnie. Przyciągnął ją znów do siebie, wtulił się mocno, w bezgłośnym dziękczynieniu, w osamotnieniu, które może nie odeszło na stałe, ale poczuło w końcu gorące egipskie słońce, odwilż, nadzieję.
– Tak pójdźmy. Pójdźmy coś zjeść. – wymamrotał, choć nie był w stanie określić, czy zrobi chociaż krok w tym ciele. Dlatego też zmniejszył się w jej objęciu i zmniejszył, aż człowiek zniknął, a na jej ramieniu, bardzo delikatnie układając łapki zasiadł niewielki krogulec dziobem łuskający kosmyki jej fryzury w geście, jakim ptak swemu krewnemu czyścił by piórka.
– Bo wiesz, bo ja wszędzie latam, ale o tym wiedzą tylko nieliczni bo... No... mama nie chciała, żeby gdzieś to było zapisane. Mówiła, że kiedy nikt nie będzie o tym wiedział, to łatwiej będzie mi uciec, kiedy po mnie przyjdą.– kimkolwiek mieli być Ci oni. Nie zdążyła mu wyjaśnić kogo konkretnie miała na myśli. Przeszedł go dreszcz, kolejna tajemnica złamana, czuł zaciśniętą doń matki na własnych ramionach, czuł jej karzące spojrzenie choć była tak daleka, nieobecna, od tylu lat...
Kiwał i pochrumkiwał onomatopejami na znak że słucha, gdy opowiadała mu o miejscu, ktore być może zobaczy w najbliższym czasie. To brzmiało jak sen, to brzmiało jak nierealne marzenie, a nie rzeczywistość, która mu się właśnie działa. Gdy nagle nazwała go kochaniem, gdy powiedziała, że nie ma powodów by czuł się gorszy i że też nie kończyła Hogwartu... och, rozkleił się już zupełnie. Przyciągnął ją znów do siebie, wtulił się mocno, w bezgłośnym dziękczynieniu, w osamotnieniu, które może nie odeszło na stałe, ale poczuło w końcu gorące egipskie słońce, odwilż, nadzieję.
– Tak pójdźmy. Pójdźmy coś zjeść. – wymamrotał, choć nie był w stanie określić, czy zrobi chociaż krok w tym ciele. Dlatego też zmniejszył się w jej objęciu i zmniejszył, aż człowiek zniknął, a na jej ramieniu, bardzo delikatnie układając łapki zasiadł niewielki krogulec dziobem łuskający kosmyki jej fryzury w geście, jakim ptak swemu krewnemu czyścił by piórka.