25.04.2024, 18:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2024, 18:59 przez Charles Mulciber.)
To wcale nie tak, że stęsknił się za ojcem. Był na to za duży i zbyt dorosły; skończył szkołę, zmężniał i dawno nie był już dzieckiem, które, z braku matczynego fartucha, trzymało się ojcowskich spodni. Radził sobie sam, pracował nawet dla norweskiego wytwórcy eliksirów, choć jego obowiązki ograniczały się do papierkowej roboty, co... nie było idealne. O wiele bardziej podobało mu się pomaganie ojcu w biznesie. Podróże, kontakty, rozmowy, negocjacje - co w tym mogło być do nie lubienia? Poza tym, w obecności Richarda było o wiele raźniej, niż samotnie wisząc nad dokumentami.
Propozycja przyjazdu do Londynu, do rodziny, początkowo została przez Charlesa przyjęta chłodno. Jak mógłby opuścić Oslo? Czy nie lepiej byłoby, gdyby to ojciec wrócił do domu, zamiast rozbijać się w Londynie? Kiedy jednak taty zabrakło, Charlie musiał dwa razy zastanowić się nad swoimi wyborami... i Anglia wydała się dużo lepsza niż nudna posadka u alchemika i domykanie interesów w biznesie kadzidełkowym.
Decyzja o wyjeździe nie zajęła mu wiele czasu. Tyle, ile wystarczyło na spakowanie kufra, zostawienie liściku rodzeństwu i zamówienie magicznego dyliżansu do Londynu. Nie był pewien, czy ojciec będzie zadowolony z niespodzianki.
Na pewno nie spodziewał się, że w ogóle nie zastanie ojca w domu.
Kamienica Mulciberów nigdy nie była jego ulubionym miejscem. Było tam zbyt wiele osób, które ledwie kojarzył, ale które kojarzyły jego. Była wiekowa, uważał ją za ponurą i zbyt archaiczną, gorszą nawet od zamku Durmstrangu. Skrzat przynajmniej raczył go poinformować, iż panów Mulciberów nie ma w domu. To Charlie zdążył zauważyć sam.
Czekał zbyt długo. Cały wieczór, całą noc i aż do następnego ranka, który wlókł się niemiłosiernie! I kiedy dzień leniwie przeobraził się w południe, a następnie zniżył ku wieczorowi, w końcu coś się zmieniło. Serce Charliego zabiło szybciej, gdy usłyszał trzaśnięcie drzwi i głos zarówno wuja, jak i ojca (oraz skrzatki, ale nią nikt się nie przejmował). Wrzucił do ust resztę nadgryzionego wcześniej kociołkowego pieguska, a następnie zerwał się do pionu, nie przejmując nawet okruszkami, które spadły mu na koszulę.
I kiedy w drzwiach salonu stanął Richard, Charlie nie zdążył nawet jeszcze dobrze przeżuć czekoladowej słodyczy!
- Ojcze. - Uśmiechnął się lekko, czując nagle bardzo, bardzo niezręcznie. Być może rzeczywiście mógł się zapowiedzieć. Być może mógł nie dobierać się do słodyczy, jakby znów miał pięć lat. - Dobry wieczór. Cieszę się, że w końcu wróciłeś!
Propozycja przyjazdu do Londynu, do rodziny, początkowo została przez Charlesa przyjęta chłodno. Jak mógłby opuścić Oslo? Czy nie lepiej byłoby, gdyby to ojciec wrócił do domu, zamiast rozbijać się w Londynie? Kiedy jednak taty zabrakło, Charlie musiał dwa razy zastanowić się nad swoimi wyborami... i Anglia wydała się dużo lepsza niż nudna posadka u alchemika i domykanie interesów w biznesie kadzidełkowym.
Decyzja o wyjeździe nie zajęła mu wiele czasu. Tyle, ile wystarczyło na spakowanie kufra, zostawienie liściku rodzeństwu i zamówienie magicznego dyliżansu do Londynu. Nie był pewien, czy ojciec będzie zadowolony z niespodzianki.
Na pewno nie spodziewał się, że w ogóle nie zastanie ojca w domu.
Kamienica Mulciberów nigdy nie była jego ulubionym miejscem. Było tam zbyt wiele osób, które ledwie kojarzył, ale które kojarzyły jego. Była wiekowa, uważał ją za ponurą i zbyt archaiczną, gorszą nawet od zamku Durmstrangu. Skrzat przynajmniej raczył go poinformować, iż panów Mulciberów nie ma w domu. To Charlie zdążył zauważyć sam.
Czekał zbyt długo. Cały wieczór, całą noc i aż do następnego ranka, który wlókł się niemiłosiernie! I kiedy dzień leniwie przeobraził się w południe, a następnie zniżył ku wieczorowi, w końcu coś się zmieniło. Serce Charliego zabiło szybciej, gdy usłyszał trzaśnięcie drzwi i głos zarówno wuja, jak i ojca (oraz skrzatki, ale nią nikt się nie przejmował). Wrzucił do ust resztę nadgryzionego wcześniej kociołkowego pieguska, a następnie zerwał się do pionu, nie przejmując nawet okruszkami, które spadły mu na koszulę.
I kiedy w drzwiach salonu stanął Richard, Charlie nie zdążył nawet jeszcze dobrze przeżuć czekoladowej słodyczy!
- Ojcze. - Uśmiechnął się lekko, czując nagle bardzo, bardzo niezręcznie. Być może rzeczywiście mógł się zapowiedzieć. Być może mógł nie dobierać się do słodyczy, jakby znów miał pięć lat. - Dobry wieczór. Cieszę się, że w końcu wróciłeś!