25.04.2024, 18:55 ✶
- Magiczne słowa "wypis na własne życzenie" - oświadczyła Brenna z poważną miną. Trzymać pacjenta siłą w szpitalu można było, owszem, ale przy chorobach zakaźnych, tych umysłowych czy zagrażających w inny sposób otoczeniu! - A mój szef na pewno ma do sprawdzenia tyle papierów, że co za pech, tego mógłby nie zobaczyć odpowiednio wcześnie. Poza tym po prostu wypiję ten eliksir i zobaczymy, może uda się wyhodować te kości bez przeszkód, przecież chodzi tylko o te w palcach...
Ostatecznie jednak nie wpakowałaby się w akcję z niesprawną ręką. Tylko naraziłaby innych na niebezpieczeństwo. Ale istniała przecież szansa, że w ciągu tych kilku godzin kości odrosną i będzie mogła już czarować...
...oczywiście, jeśli wydostaną się stąd odpowiednio wcześnie, by w ogóle istniała szansa na taki obrót zdarzeń.
Ty nie zbiłeś mnie z nóg i nie zabrałeś mi różdżki, miała ochotę odpowiedzieć, ale Brenna nie była aż tak uparta, aby koniecznie walczyć o to, by mieć ostatnie słowo. A Prewett zdawał się teraz bardzo przejęty sytuacją: może jeszcze bardziej niż ona i nie było powodów, aby denerwować go dodatkowo.
Gdy zapytał, czy jest pewna, że to dobry pomysł, spojrzała najpierw na swoją różdżkę, trzymaną w lewej ręce, potem na niego, a wreszcie na drzwi. Gdyby miała być szczera, odpowiedź brzmiałaby zapewne „nie wiem”. Opanowała czarowanie już dość dawno, znała gesty, ale nie ćwiczyła ich lewą dłonią, rezultaty były więc trochę trudne do przewidzenia.
– Nie jestem pewna, czy kierowanie ręką cokolwiek da… – stwierdziła z pewnym zastanowieniem. – Możemy poczekać, ale chyba o tym, że tu jesteśmy, wie tylko pani Poppy? Dopóki ktoś nie zacznie cię szukać, bo będzie miał jakiś interes i jej nie spyta, pewnie nas nie znajdą. Nie wiem nawet, czy przez te drzwi ktoś może usłyszeć te krzyki…
Wyglądały na grube. I może nawet obłożone zaklęciem wygłuszającym. A to oznaczało, że mogli utknąć tutaj na kilka godzin – rodzina zaczęłaby szukać Bren najwcześniej rano, i wtedy dowiedzieliby się, że poszła do Munga z brakiem kości… Istniała szansa, że ktoś wcześniej będzie potrzebował izolatki, ale co jeśli nie?
Odetchnęła i najpierw raz, drugi, trzeci, wykonała odpowiedni gest. Wyglądało na to, że mimo „złej” ręki wygląda to całkiem poprawnie…
– Dobra… spróbujmy – wymamrotała, celując w drzwi.
Błysnęło.
Drzwi zostały zaklejone kilkoma żółtymi, policyjnymi taśmami.
– Eee… przepraszam, chyba pomyślałam o tym, że ja tkwię tutaj, gdy reszta ogarnia miejsce zbrodni…
Ostatecznie jednak nie wpakowałaby się w akcję z niesprawną ręką. Tylko naraziłaby innych na niebezpieczeństwo. Ale istniała przecież szansa, że w ciągu tych kilku godzin kości odrosną i będzie mogła już czarować...
...oczywiście, jeśli wydostaną się stąd odpowiednio wcześnie, by w ogóle istniała szansa na taki obrót zdarzeń.
Ty nie zbiłeś mnie z nóg i nie zabrałeś mi różdżki, miała ochotę odpowiedzieć, ale Brenna nie była aż tak uparta, aby koniecznie walczyć o to, by mieć ostatnie słowo. A Prewett zdawał się teraz bardzo przejęty sytuacją: może jeszcze bardziej niż ona i nie było powodów, aby denerwować go dodatkowo.
Gdy zapytał, czy jest pewna, że to dobry pomysł, spojrzała najpierw na swoją różdżkę, trzymaną w lewej ręce, potem na niego, a wreszcie na drzwi. Gdyby miała być szczera, odpowiedź brzmiałaby zapewne „nie wiem”. Opanowała czarowanie już dość dawno, znała gesty, ale nie ćwiczyła ich lewą dłonią, rezultaty były więc trochę trudne do przewidzenia.
– Nie jestem pewna, czy kierowanie ręką cokolwiek da… – stwierdziła z pewnym zastanowieniem. – Możemy poczekać, ale chyba o tym, że tu jesteśmy, wie tylko pani Poppy? Dopóki ktoś nie zacznie cię szukać, bo będzie miał jakiś interes i jej nie spyta, pewnie nas nie znajdą. Nie wiem nawet, czy przez te drzwi ktoś może usłyszeć te krzyki…
Wyglądały na grube. I może nawet obłożone zaklęciem wygłuszającym. A to oznaczało, że mogli utknąć tutaj na kilka godzin – rodzina zaczęłaby szukać Bren najwcześniej rano, i wtedy dowiedzieliby się, że poszła do Munga z brakiem kości… Istniała szansa, że ktoś wcześniej będzie potrzebował izolatki, ale co jeśli nie?
Odetchnęła i najpierw raz, drugi, trzeci, wykonała odpowiedni gest. Wyglądało na to, że mimo „złej” ręki wygląda to całkiem poprawnie…
– Dobra… spróbujmy – wymamrotała, celując w drzwi.
Błysnęło.
Drzwi zostały zaklejone kilkoma żółtymi, policyjnymi taśmami.
– Eee… przepraszam, chyba pomyślałam o tym, że ja tkwię tutaj, gdy reszta ogarnia miejsce zbrodni…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.