25.04.2024, 21:07 ✶
Pomyśl, że to sen - tak szeptała mu Dziewiątka mieczy, którą wyciągnął ze swojej talii - głuche echo rodowego motta Mulciberów ozwało się w Alexandrze jak dzwon z pobliskiego kościoła, a on milczał, bo nie rozumiał, dlaczego właśnie teraz, dlaczego właśnie ta karta. Echo trwało nieprzerwanie, choć sam Alex, bardziej niż kościół w Carlisle, przypominał raczej pusty w środku, zbeszczeszczony kurhan pogańskiego kultu. Obawiał się nieumarłych, ale sam był tylko strzelistą kaplicą kości, pokrytych źle wyprawioną skórą i czarnym kirem ubrań. Żywe były w nim tylko przeraźliwie niebieskie oczy. Witaj w rodzinie? Uważnie zmierzył Moody spojrzeniem. No już, kurwa, nie udawaj. Nie do twarzy ci z życzliwością, Mildred. W tym rodzinnym towarzystwie był pogrzebową stypą - nie weselem - choć w słońcu, i ze Słońcem u boku...
W pokracznych słowach Mildred tkwiło zadziwiająco dużo sensu, ale Alex nie umiał jej teraz słuchać, zbyt skupiony na tym, jak odpychająco i wulgarnie brzmiało zawsze to, co dobywało się z jej ust. Rzeczywiście, niewiele w niej było z kobiety. A to, że ewidentnie z chuja spadła, nie świadczyło jeszcze o posiadaniu fallicznej energii. Ależ musieli wyglądać obok siebie. Ona, czerwony kapturek - krwiożercze stworzenie, żerujące blisko terenów bitew i tam, gdzie przelewano krew - agresywny, choć rozmiarem niewiele większy od błotoryja. On zaś, choć patrzył na nią z góry, był tylko wyliniałym, skundlonym wilkiem, który nie miał już nawet siły kłapnąć na nią zębami. Przy rodzinie w końcu nie wypadało.
- Skup się lepiej na patrzeniu pod nogi, bo sama zaraz w jakieś mistyczne gówno wdepniesz. - Nie uśmiechnął się, ale starał się być poprawny.
On też musiał się zresztą skupić. Pomyśl, że to sen: mógł bezpiecznie powtarzać te słowa mając obok siebie Rosie. Przez chwilę po prostu wpatrywał się w jej twarz, rozświetloną dziwnym blaskiem. Znali się ponad dwadzieścia lat, ale on i tak szukał cały czas wymówki, by na nią patrzeć, jakby to był ten pierwszy raz. Powinniśmy użyć twojej talii, chciał jej powiedzieć, ale nie miał jak, bo ktoś im przeszkadzał.
Ten zdechlak ma w sobie zadziwiająco wiele energii, by dalej strzępić mordę po próżnicy, pomyślał.
- W prezencie, to ja mogę ci dać w mordę - poinformował krótko Leona. - Nam wystarczy święty, kurwa, spokój - rzucił, a choć nie drgnął mu ani jeden mięsień, jego obojętna, zblazowana mina typu "pierdol dalej, ja posłucham", nagle wydawała się mówić raczej: "dyskusja zakończona".
Całe to gadanie o ślubach tylko przypominało mu o Lorettcie. Bletchley miał szczęście, że Rosie pomagała Alexowi nie tylko odróżnić sen od jawy, ale i potrafiła też poskromić jego gniew. Chciwie chłonął każde jej słowo, jakby ta głosiła prawdy objawione, a nie subtelnie ripostowała kuzynostwo. Nawet kiedy była zirytowana, panowała nad sobą, i pięknie dobierała słowa, tak, że te przypominały przepyszne bukiety z rosnących wszędzie dookoła kwiatów i krzewów kwitnących...
Pomyśl, że to sen, słyszał, ale to nie była już Dziewiątka mieczy; to szeptało do niego Windermere, kusząc go swym żywotnym pięknem, soczystą zielonością - szmaragdowe liście najpotężniejszych drzew miały kolor oczu Ambrosii - i swoją dzikością: nawet trawa była tu dziwnie wybujała, mimo tłumów ludzi, którzy dzień w dzień przemierzali teren ośrodka, nieważne, czy pieszo, czy przy pomocy topornych, mugolskich pojazdów. Odwrócił się, niemalże instynktownie, wyrwany nagle z miłosnego transu przez kobiece krzyki, które dochodziły gdzieś zza jego pleców. Palce zacisnął na różdżce, ale wciąż trzymał ją opuszczoną.
Dopiero po chwili rozluźnił napięte ramiona. Opuścił gardę, ale uniósł brwi, obserwując ten przedziwny pojedynek, który toczyły ze sobą dwie nieznajome. Nie spodziewał się, że ta przepychanka w krzakach eskaluje w prawdziwą bójkę.
Pokiwał tylko głową na słowa Ambrosii.
- To chyba nie wino z bzu uderzyło im do głowy? - rzucił ironicznie. - Ten twój oklumenta - odwrócił na chwilę swoją zapadniętą twarz w stronę Morpheusa, odprowadzając wzrokiem oddalającą się kobietę... Karen? - mówił, że Windermere narzucało mu swoją wolę. - Skazani na porażkę przez własne ograniczenia, mówił wcześniej o odwróconej Dziewiątce buław. - Mogłoby nas oszukać? Nastawić przeciwko sobie? - Myślał na głos, obserwując twarze swych towarzyszy. Na koniec zatrzymaĺ wzrok na McKinnon.
W pokracznych słowach Mildred tkwiło zadziwiająco dużo sensu, ale Alex nie umiał jej teraz słuchać, zbyt skupiony na tym, jak odpychająco i wulgarnie brzmiało zawsze to, co dobywało się z jej ust. Rzeczywiście, niewiele w niej było z kobiety. A to, że ewidentnie z chuja spadła, nie świadczyło jeszcze o posiadaniu fallicznej energii. Ależ musieli wyglądać obok siebie. Ona, czerwony kapturek - krwiożercze stworzenie, żerujące blisko terenów bitew i tam, gdzie przelewano krew - agresywny, choć rozmiarem niewiele większy od błotoryja. On zaś, choć patrzył na nią z góry, był tylko wyliniałym, skundlonym wilkiem, który nie miał już nawet siły kłapnąć na nią zębami. Przy rodzinie w końcu nie wypadało.
- Skup się lepiej na patrzeniu pod nogi, bo sama zaraz w jakieś mistyczne gówno wdepniesz. - Nie uśmiechnął się, ale starał się być poprawny.
On też musiał się zresztą skupić. Pomyśl, że to sen: mógł bezpiecznie powtarzać te słowa mając obok siebie Rosie. Przez chwilę po prostu wpatrywał się w jej twarz, rozświetloną dziwnym blaskiem. Znali się ponad dwadzieścia lat, ale on i tak szukał cały czas wymówki, by na nią patrzeć, jakby to był ten pierwszy raz. Powinniśmy użyć twojej talii, chciał jej powiedzieć, ale nie miał jak, bo ktoś im przeszkadzał.
Ten zdechlak ma w sobie zadziwiająco wiele energii, by dalej strzępić mordę po próżnicy, pomyślał.
- W prezencie, to ja mogę ci dać w mordę - poinformował krótko Leona. - Nam wystarczy święty, kurwa, spokój - rzucił, a choć nie drgnął mu ani jeden mięsień, jego obojętna, zblazowana mina typu "pierdol dalej, ja posłucham", nagle wydawała się mówić raczej: "dyskusja zakończona".
Całe to gadanie o ślubach tylko przypominało mu o Lorettcie. Bletchley miał szczęście, że Rosie pomagała Alexowi nie tylko odróżnić sen od jawy, ale i potrafiła też poskromić jego gniew. Chciwie chłonął każde jej słowo, jakby ta głosiła prawdy objawione, a nie subtelnie ripostowała kuzynostwo. Nawet kiedy była zirytowana, panowała nad sobą, i pięknie dobierała słowa, tak, że te przypominały przepyszne bukiety z rosnących wszędzie dookoła kwiatów i krzewów kwitnących...
Pomyśl, że to sen, słyszał, ale to nie była już Dziewiątka mieczy; to szeptało do niego Windermere, kusząc go swym żywotnym pięknem, soczystą zielonością - szmaragdowe liście najpotężniejszych drzew miały kolor oczu Ambrosii - i swoją dzikością: nawet trawa była tu dziwnie wybujała, mimo tłumów ludzi, którzy dzień w dzień przemierzali teren ośrodka, nieważne, czy pieszo, czy przy pomocy topornych, mugolskich pojazdów. Odwrócił się, niemalże instynktownie, wyrwany nagle z miłosnego transu przez kobiece krzyki, które dochodziły gdzieś zza jego pleców. Palce zacisnął na różdżce, ale wciąż trzymał ją opuszczoną.
Dopiero po chwili rozluźnił napięte ramiona. Opuścił gardę, ale uniósł brwi, obserwując ten przedziwny pojedynek, który toczyły ze sobą dwie nieznajome. Nie spodziewał się, że ta przepychanka w krzakach eskaluje w prawdziwą bójkę.
Pokiwał tylko głową na słowa Ambrosii.
- To chyba nie wino z bzu uderzyło im do głowy? - rzucił ironicznie. - Ten twój oklumenta - odwrócił na chwilę swoją zapadniętą twarz w stronę Morpheusa, odprowadzając wzrokiem oddalającą się kobietę... Karen? - mówił, że Windermere narzucało mu swoją wolę. - Skazani na porażkę przez własne ograniczenia, mówił wcześniej o odwróconej Dziewiątce buław. - Mogłoby nas oszukać? Nastawić przeciwko sobie? - Myślał na głos, obserwując twarze swych towarzyszy. Na koniec zatrzymaĺ wzrok na McKinnon.
Na percepcję, na widzenie nici powiązań między postaciami (także między Karen i jej koleżanką, o ile nie są już za daleko?)
Rzut PO 1d100 - 45
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 84
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat