25.04.2024, 21:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2024, 21:57 przez Samuel McGonagall.)
Był otumaniony i bardzo bardzo nieszczęśliwy. Leżał zdrętwiały na trawie i modlił się, ale mu przerwano. Jakaś kobieta, nie wiedział do końca kim jest, ani czego od niego chce. Dlaczego go przeprasza? Był skołowany, nie przypominał sobie kiedy miał atak poprzednim razem, nie pamiętał, ale dziś... dziś Knieja upomniała się o niego. Wszystko przez ten list, przez cholerny list z przeszłości, chociaż wcale nie tak dalekiej.
Samuel nie miał pojęcia, że Nora wysłała go po powrocie z Warowni do baru U Lizzy – a on wyszedł tego poranka z baru U Lizzy, żeby przyjść do Warowni. Wymijali się jak w tandetnej komedyjce romantycznej, nieświadomi swojej obecności zupełnie, nieświadomi, że ich ścieżki cały czas przecinają się od miesięcy. Ale to nie miało znaczenia. Atak przyszedł i był gwałtowny, nieoczekiwany, intenstywny. Leżał skołowany jeszcze przez chwilę, po czym podniósł się powoli zdezorientowany i podniósł zeszklone spojrzenie na nieznajomą.
– Ja... one nic Ci nie zrobiły? Ja... przepraszam, nie pamiętam, myślałem, że las... myślałem, że klątwa już mnie nigdy nie sięgnie, myślałem... musiałem się przestraszyć byłem zmęczony, wybacz proszę, jesteś cała? – dopytywał się roztrzęsiony, doszukując się na niej jakiś ran i wypieków od trujących roślin. – Musisz uważać proszę, te rośliny one nie są miłe. W sensie, nie powinny już się ruszać ale raczej są trujące i groźne i bez tego. Hah, biedny zagonek, był taki zarośnięty jak tu przyszedłem a teraz przeze mnie utonie w tych kolcach... – ukrył twarz w przepraszającym geście. Może w ogóle nie powinien dzisiaj opuszczać łóżka? – Erik chciał tylko, żebym zajął się ogrodem, a ja chodzę i wszystko psuję... – stęknął dodatkowo, mimowolnie zdradzając z jakiej paki w ogóle znalazł się w tej przestrzeni.
Samuel nie miał pojęcia, że Nora wysłała go po powrocie z Warowni do baru U Lizzy – a on wyszedł tego poranka z baru U Lizzy, żeby przyjść do Warowni. Wymijali się jak w tandetnej komedyjce romantycznej, nieświadomi swojej obecności zupełnie, nieświadomi, że ich ścieżki cały czas przecinają się od miesięcy. Ale to nie miało znaczenia. Atak przyszedł i był gwałtowny, nieoczekiwany, intenstywny. Leżał skołowany jeszcze przez chwilę, po czym podniósł się powoli zdezorientowany i podniósł zeszklone spojrzenie na nieznajomą.
– Ja... one nic Ci nie zrobiły? Ja... przepraszam, nie pamiętam, myślałem, że las... myślałem, że klątwa już mnie nigdy nie sięgnie, myślałem... musiałem się przestraszyć byłem zmęczony, wybacz proszę, jesteś cała? – dopytywał się roztrzęsiony, doszukując się na niej jakiś ran i wypieków od trujących roślin. – Musisz uważać proszę, te rośliny one nie są miłe. W sensie, nie powinny już się ruszać ale raczej są trujące i groźne i bez tego. Hah, biedny zagonek, był taki zarośnięty jak tu przyszedłem a teraz przeze mnie utonie w tych kolcach... – ukrył twarz w przepraszającym geście. Może w ogóle nie powinien dzisiaj opuszczać łóżka? – Erik chciał tylko, żebym zajął się ogrodem, a ja chodzę i wszystko psuję... – stęknął dodatkowo, mimowolnie zdradzając z jakiej paki w ogóle znalazł się w tej przestrzeni.