26.04.2024, 00:37 ✶
Owen zmarszczył brwi. O, jak bardzo nie spodobało mu się, że Isaac nim potrząsał. I jeszcze bredził. Ewidentnie bredził. Dlaczego ktokolwiek miałby go do czegokolwiek zmuszać? Przyjechał tutaj, wynajął domek letniskowy, pracował sobie spokojnie aż wreszcie w jego życiu pojawił się kuzynek i…
Zacisnął ręce w pięści. Z jednej strony naprawdę miał ochotę wykorzystać pozwolenie, które dostał i dać Isaacowi w twarz. Może to jakoś oswobodziłoby go z tej frustracji, z tego narastającego gniewu, który czuł ilekroć na niego patrzył. A z drugiej… a z drugiej… mam w głowie myśli, które są bezpodstawne – zadźwięczało mu w uszach. Najchętniej uznałby cały wywód Isaaca za bełkot, może za oznakę szaleństwa lub ukrywanego alkoholizmu (albo uzależnienia od opium), ale to ostatnie wypowiedziane przez młodszego mężczyznę zdanie wyraźnie wprawiło go w konsternację. Bo gdyby się nad tym zastanowić, to właściwie czemu go aż tak znielubił? Owen może nie był najłagodniejszym człowiekiem pod słońcem, ale rzadko bywał aż tak cięty na kogokolwiek a tutaj… a tutaj jakby jednak trochę jakby był i z każdą chwilą stawał się bardziej.
- Co ty bredzisz… - zaczął, ale ironia, którą ociekały jego wcześniejsze słowa jakoś wyparowała. Brzmiał niepewnie, nadal niechętnie, ale już nie tak kategorycznie jak przed paroma chwilami.
Zaciskając usta, dotknął kciukiem podbródka Isaaca i zmusił go do spojrzenia na siebie.
- Może jestem po prostu nie w sosie. Przepraszam, zazwyczaj się tak nie zachowuję – powiedział cicho. Zazwyczaj nie nosi mnie wściekłość. Może to ta wylana na koszulę herbata? Albo fakt, że Isaac złożył mu kompletnie niezapowiedzianą wizytę? Albo frustracja, bo ciągle nie potrafił poskładać historii biskupa do kupy? – Nie mam zamiaru cię bić. Ile my mamy lat? Po osiem? To za dzieciaka konflikty załatwiało się pięściami.
Odsunął się o krok od kuzyna. Negatywne emocje, które czuł nie minęły, ale przynajmniej próbował je w tej chwili kontrolować. Bo może Isaac jednak… miał rację?
Zacisnął ręce w pięści. Z jednej strony naprawdę miał ochotę wykorzystać pozwolenie, które dostał i dać Isaacowi w twarz. Może to jakoś oswobodziłoby go z tej frustracji, z tego narastającego gniewu, który czuł ilekroć na niego patrzył. A z drugiej… a z drugiej… mam w głowie myśli, które są bezpodstawne – zadźwięczało mu w uszach. Najchętniej uznałby cały wywód Isaaca za bełkot, może za oznakę szaleństwa lub ukrywanego alkoholizmu (albo uzależnienia od opium), ale to ostatnie wypowiedziane przez młodszego mężczyznę zdanie wyraźnie wprawiło go w konsternację. Bo gdyby się nad tym zastanowić, to właściwie czemu go aż tak znielubił? Owen może nie był najłagodniejszym człowiekiem pod słońcem, ale rzadko bywał aż tak cięty na kogokolwiek a tutaj… a tutaj jakby jednak trochę jakby był i z każdą chwilą stawał się bardziej.
- Co ty bredzisz… - zaczął, ale ironia, którą ociekały jego wcześniejsze słowa jakoś wyparowała. Brzmiał niepewnie, nadal niechętnie, ale już nie tak kategorycznie jak przed paroma chwilami.
Zaciskając usta, dotknął kciukiem podbródka Isaaca i zmusił go do spojrzenia na siebie.
- Może jestem po prostu nie w sosie. Przepraszam, zazwyczaj się tak nie zachowuję – powiedział cicho. Zazwyczaj nie nosi mnie wściekłość. Może to ta wylana na koszulę herbata? Albo fakt, że Isaac złożył mu kompletnie niezapowiedzianą wizytę? Albo frustracja, bo ciągle nie potrafił poskładać historii biskupa do kupy? – Nie mam zamiaru cię bić. Ile my mamy lat? Po osiem? To za dzieciaka konflikty załatwiało się pięściami.
Odsunął się o krok od kuzyna. Negatywne emocje, które czuł nie minęły, ale przynajmniej próbował je w tej chwili kontrolować. Bo może Isaac jednak… miał rację?