26.04.2024, 09:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.04.2024, 10:23 przez Millie Moody.)
– Teraz se możemy ich omijać – rzuciła Millie jak gdyby nigdy nic do Morpheusa, jakby jego palce nie znalazły się na jej nosie, jakby wcale nie fantazjowała na temat odgryzienia mu ich w ramach rewanżu – ale potem i tak trzeba będzie im powiedzieć jeśli coś znajdziemy. Jak chcesz, to ja mogę to zrobić, w końcu to Twoja rodzina.
Największy problem Mildred z tym, żeby zobaczyć anomalie panującą w ośrodku polegał na tym, że jej całe życie tak wyglądało. Dwie napierdalające się laski? Norma. Zwalanie na jakieś krzaki? Norma. Że rośliny rosną? Norma. Że jest ich sporo, no kurwa pomijając całą tą globalną sprawę z buntem ziemi, to też pewnie nie zauważyłaby różnicy. Chwast jaki jest każdy widzi. Że ryby umierają, a jezioro śmierdzi? Nic nowego. Że komuś zazdrościsz tak, że masz ochotę oskórować go i ubrać się w piękny garnitur szyty na miarę z tegoż materiału? Codzienność.
Dziewczynie (czy też, jak się zmrużyło oczy i spojrzało pod odpowiednim kątem - prawie trzydziestoletniej kobiecie) nie do twarzy było również z milczeniem, a tak się okazało, że mówiła bardzo niewiele. Trzymała się z boku, obserwowała czujna i przygarbiona, słuchała jak wymijają się uwagami, nerwowo podrygując nogą za każdym razem jak się zatrzymywali, z rękami wciąż bardzo, bardzo głęboko w swoich kieszeniach.
Jej nici były irytujące podobnie do samego jej źródła. Najsłabsza łączyła ją z Leonem, cienka zieleń odzwierciedlała dość luźną relację, jaką utrzymywała z egzorcystą. Dwie grube, stabilne latami nici płynęły w eterycznym skrawku podejrzanej przestrzeni, do Morpheusa i Ambrosi, choć ich kolor pozostawiał wiele do życzenia. Członkowie rodziny winni przecież mieć możliwie jasny róż między sobą, jeśli ich stosunki były pozytywne, tutaj jednak koncept motał się, kiedy nić biegnąca do kuzynki była zbyt czerwona jak na rodzinę, a ta do Morpheusa zbyt jasna jak na czyste zainteresowanie fizyczne jego osobą. W obu przypadkach Alexander widział równie intensywną co niejednoznaczną fuksję, jedyne co było pewne to fakt, że nie są jej obojętni. Podobnie jak Alexander, tu bez większego zdziwienia, patrząc na historię ich znajomości zawiązanej w skrzydle szpitalnym przed laty. Wykorzystanie jasnowidzenia do tego by pognębić kaleką Mildred zasiało tę piękną, głęboką czerń szkoda tylko że... czy to ten cholerny sweter nadawał tej nici takiej karminowej łuny?
– Widzisz fioletowy i czarny? On mi mówił wtedy, że fioletowy chroni, a czarny się dopierdala do niego, widzisz to? – dźgała pytaniami Alexandra, rozbijając pewnie jego koncentracje, ale chuj z tym, żaden z niego delikates, co potrzebował okadzania, żeby w ogóle sięgnąć po swój skill. On przynajmniej miał po co sięgać, ale to już ustaliliśmy, że było kilka powodów, dla których czarny był czarny, nawet taki z brokatową posypką.
Największy problem Mildred z tym, żeby zobaczyć anomalie panującą w ośrodku polegał na tym, że jej całe życie tak wyglądało. Dwie napierdalające się laski? Norma. Zwalanie na jakieś krzaki? Norma. Że rośliny rosną? Norma. Że jest ich sporo, no kurwa pomijając całą tą globalną sprawę z buntem ziemi, to też pewnie nie zauważyłaby różnicy. Chwast jaki jest każdy widzi. Że ryby umierają, a jezioro śmierdzi? Nic nowego. Że komuś zazdrościsz tak, że masz ochotę oskórować go i ubrać się w piękny garnitur szyty na miarę z tegoż materiału? Codzienność.
Dziewczynie (czy też, jak się zmrużyło oczy i spojrzało pod odpowiednim kątem - prawie trzydziestoletniej kobiecie) nie do twarzy było również z milczeniem, a tak się okazało, że mówiła bardzo niewiele. Trzymała się z boku, obserwowała czujna i przygarbiona, słuchała jak wymijają się uwagami, nerwowo podrygując nogą za każdym razem jak się zatrzymywali, z rękami wciąż bardzo, bardzo głęboko w swoich kieszeniach.
Jej nici były irytujące podobnie do samego jej źródła. Najsłabsza łączyła ją z Leonem, cienka zieleń odzwierciedlała dość luźną relację, jaką utrzymywała z egzorcystą. Dwie grube, stabilne latami nici płynęły w eterycznym skrawku podejrzanej przestrzeni, do Morpheusa i Ambrosi, choć ich kolor pozostawiał wiele do życzenia. Członkowie rodziny winni przecież mieć możliwie jasny róż między sobą, jeśli ich stosunki były pozytywne, tutaj jednak koncept motał się, kiedy nić biegnąca do kuzynki była zbyt czerwona jak na rodzinę, a ta do Morpheusa zbyt jasna jak na czyste zainteresowanie fizyczne jego osobą. W obu przypadkach Alexander widział równie intensywną co niejednoznaczną fuksję, jedyne co było pewne to fakt, że nie są jej obojętni. Podobnie jak Alexander, tu bez większego zdziwienia, patrząc na historię ich znajomości zawiązanej w skrzydle szpitalnym przed laty. Wykorzystanie jasnowidzenia do tego by pognębić kaleką Mildred zasiało tę piękną, głęboką czerń szkoda tylko że... czy to ten cholerny sweter nadawał tej nici takiej karminowej łuny?
– Widzisz fioletowy i czarny? On mi mówił wtedy, że fioletowy chroni, a czarny się dopierdala do niego, widzisz to? – dźgała pytaniami Alexandra, rozbijając pewnie jego koncentracje, ale chuj z tym, żaden z niego delikates, co potrzebował okadzania, żeby w ogóle sięgnąć po swój skill. On przynajmniej miał po co sięgać, ale to już ustaliliśmy, że było kilka powodów, dla których czarny był czarny, nawet taki z brokatową posypką.