Jej komentarz na temat tego, co tutaj robią wzbudził śmiech chociaż w jednej osobie, gdy Esmé na nią spojrzał mrugnęła do niego jedynie porozumiewawczo. Nie chciała nikomu robić na złość, jednak nie znosiła takich sytuacji. Kiedy na statku widmo przyszło jej współpracować z Erikiem, czy Victorią nikt nie zajmował się takimi pierdołami, jak wyznaczanie osób decydujących, co było zaletą, bo nie znosiła takiego bezsensownego gadania, rozważania, wolała działać, według swoich instynktów. To przynosiło zastanawianie się, które kolejno wiązało się z marnowaniem czasu na myślenie.
Przeniosła spojrzenie na Perseusa na jej twarzy malował się uśmiech, wreszcie zobaczyła w nim nieco życia i koloru, wydawał jej się bowiem nieco wycofany. Jak widać delfiny potrafiły obudzić każdego. - Cóż, większość słodkich stworzeń tak wygląda nie bez powodu, mają wabić, a później wygryzać ci się w tętnicę, kiedy im za bardzo zaufasz. - Świat niestety nie był taki piękny, jak się mogło wydawać, a ona przekonała się o tym już wiele razy, wolała więc ostrzec i innych, może wyniosą z tego jakieś wnioski, chociaż nie sądziła, że będą pamiętać o czym gawędzili na tej łódeczce.
- A widziałeś ich zęby? - Nie bez powodu miały takie duże, ale to postanowiła zostawić Blackowi do sprawdzenia na własnej skórze, skoro już wybierał się na wycieczkę w jedno z jej ulubionych miejsc. Nie chciała też go jakoś specjalnie straszyć tym, że te morskie zwierzęta tak naprawdę to tylko miały pierwiastek tego, co czai się w amazońskich puszczach, zresztą nie wyglądał jej na osobę, która miałaby się zapuszczać do lasów. - Bez sensu, pomęcz ją chociaż rok. - Niech Vespera też ma coś z życia, czy coś. Dziwne, że każdy jej mąż umierał zupełnie niespodziewanie, przypadki chodziły po ludziach, albo ludzie po przypadkach.
- Nie taki Nokturn straszny, jak go malują. - Posłała krótki uśmiech Esmé. Może faktycznie to miejsce mogło się poszczycić bardzo nieprzychylną opinią, jednak bywała w swoim życiu w zdecydowanie gorszych miejscach, gdzie można było spotkać straszniejsze bestie od czarnoksiężników.
- Jak to mówią, wąż rzeczny jest niebezpieczny, więc wolałabym, żebyście tego nie sprawdzali. Tak, to może być pływający wąż. - Odpowiedziała Victorii. Mogli sobie gdybać, możliwości było naprawdę sporo. Gdyby była sama, to pewnie już dawno znalazła by się w tym jeziorze, żeby uspokoić swoją ciekawość, ale nie była sama. Nie mogła ryzykować życia innych osób, szczególnie Esmé, który podczas tego krótkiego wyjazdu bardzo wysoko przesunął się na jej liście priorytetów. Nie mogła pozwolić, żeby stała mu się krzywda. Aktualnie nie wyobrażała sobie, że mogłoby go zabraknąć w jej życiu. Przyglądała mu się bardzo uważnie podczas tych rozmyśleń, na całe szczęściw akurat on wydawał się być bardzo spokojny i zdystansowany, nie opuszczał go dobry humor, chociaż jego jednego.
Nie skomentowała w żaden sposób wstania Lestrange chociaż nie uważała tego za szczególnie rozsądne, a to przecież niby ona była niedojrzała i zachowywała się, jak dzieciak. Cóż, najwyżej wpadnie do wody, wtedy będą się tym martwić, gorzej, że mogło to zachwiać równowagą tej łódki i wtedy wszyscy mogliby wylądować z jeziorze. Wiosłowała jednak dalej, zaciekle, żeby wreszcie dobili do brzegu. Czuła, że to ograniczenie przestrzeni im nie służy i atmosfera robiła się coraz bardziej gęsta.
- Oczywiście mamy wędzidło, bo każdy wziął po jednej sztuce na wypadek spotkania kelpie? - Odpowiedziała jeszcze Laurentowi. Mogło mu się wydawać, że to było takie proste, jednak te stworzenia były naprawdę przebiegłe, nie można było ich lekceważyć, i ona jako łowczyni nie zamierzała udawać, że jest inaczej.
Black postanowił skorzystać ze swoich ukrytych zdolności, już nie do końca ukrytych, bo w sumie im o nich powiedział, jednak nie miała nic do ukrycia, więc jej to zupełnie nie ruszyło. W przeciwieństwie do panny Lestrange, ciekawe dlaczego tak zareagowała, czego nie chciała im powiedzieć? Dobrze się jednak stało, że w tej chwili skupiła swoje niezadowolenie na Blacku, a nie na niej. Może nawet trochę jej go było szkoda, bo od początku nie wyglądał na specjalnie szczęśliwego, bała się, że może pęknąć, prędzej, czy później, bo każdy miał jakieś granice.
- Płyńmy po prostu do tego brzegu. - Rzuciła jeszcze w eter, bo póki co nie było sensu panikować, nic nie próbowało ich jeszcze zjeść. Jeśli się pojawi, to wtedy będą się martwić. Hipotetyczne rozmowy o tym, co robić wprowadzały zamieszanie, a problem wydawał się być przez to realnym, co wcale nie musiało mieć racji bytu. Wiosłowała jeszcze silniej niż na początku, żeby mieć to już za sobą. Nie było po niej jednak widać specjalnie zmęczenia, no, może poza rumianymi policzkami, które pojawiały się u niej zawsze, kiedy zaczynała się ruszać. Oddychała przy tym spokojnie. Powoli wyspa wydawała się być coraz większa, co oznaczało, że już niedługo będą mogli zejść na ląd.