27.04.2024, 09:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2024, 09:43 przez Millie Moody.)
Najprawdopodobniej problemem była norma. Coś co jest normalne dla jednej osoby, mogło być totalnie odbiegające od normy dla drugiej, a w przypadku Mildred ów norma drastycznie odbiegała od standardów nawet tych przyjętych przez magiczną społeczność. Czy Ambrosia zachowywała się dziwnie? Owszem. Czy za dzieciaka tak właśnie złożona chorobą matka Miles mówiła jej niemalże w formie wróżby, że ma uważać wychodząc po mleko? Również. Patologiczna nadopiekuńczość matki hipochondryczki i wiecznie nieobecny ojciec, to złożyło się na dziewczynę, która szybko nauczyła się, że może mieć w dupie takie krypne informowanie jej o zagrożeniu. Wiedziała, że coś się święci, w Zakonie buczało jak w ulu, z resztą w Brygadzie Uderzeniowej również. Konfrontacja wisiała w powietrzu, ale Mildred Karaluch Moody, była przekonana, że może w nią jebnąć atomówka i i tak nic się nie zadzieje. Być może, gdyby obejrzał to jakiś magipsychiatra, stwierdziłby uszkodzenie części mózgu odpowiedzialną za strach. Cóż, później gdy rzeczywiście oglądali ją Ci specjaliści, były już inne problemy, niż patologiczna brawura i skłonności do autodestrukcji.
– Przynieś przynieś, ja swój cały wyżłopałam, ale następnym razem przyniosę swoją karmelówkę. – alkohol pędzony na strychu w niedoszłej pracowni malarskiej był zawsze koloru Miles'owych oczu. Zupelnie jakby chciała by ludzie pili ją, by paliła im przełyki i upajała zawrotami głowy i otumanioną szczęśliwością na ryju. Albo łzami nienawiści do siebie. Albo oboma na raz.
Wypiła razem z nią i od razu nalała sobie drugi kieliszek, bo układy na sprawy sercowe nigdy nie były proste. Oczywiście korzystała z bycia młodą i powiedzmy całkiem ładną jak spojrzeć pod odpowiednim kątem, korzystała z tego, że nie brakło jej temperamentu, który o dziwo intrygował wielu, bez względu na pozycję zajmowaną w czarodziejskim świecie. Od ścieku po sam szczyt, Mildred nie wybrzydzała, gdy ktoś porządnie wgniótł ją w ścianę, nie wybrzydzała, gdy mogła pozostawić cudze ciało całe w siniakach a właściciel tegoż ciała jej jeszcze za to dziękował. Ale serce... to dawno opuściło jej klatkę piersiową, czuła się pusta i przytępiona, rozgrzewana do czerwoności tylko przez swoją patologiczną zazdrość.
Odwrócony rydwan. Tak, zaczyna się...
Szóstka kielichów. Para dzieci trzymające w niewinności uczucia wzajemnego zaufania i troski. Kielich, który teraz był dla niej trucizną jątrzącą jej życie w bezsenne noce czekania, aż on powróci do domu.
Nienawidziła talii Ambrosi i nie raz mówiła jej jaka to jest pojebana abominacja, że karty dublują się. Tak nie powinno być, to w jej odczuciu zaburzało ogląd na sprawę. Tylko że... Po trzykroć och po trzykroć para, rodzeństwo, jej największe błogosławieństwo i przekleństwo w jednym. Mogłaby tu siedzieć naga przed swoją kuzynka, mogłaby leżeć rozkraczona na tym jebanym stole i nie czułaby się tak wyeksponowana jak przez te kurwy. Ostatni raz.
Wysunęła ku górze podbródek, zmrużyła oczy wyzywająco, wiedząc, że ona wie, że nie ma już odwrotu. Mogłaby wyrżnąć stolikiem, mogłaby rozpętać tutaj piekło kołtunem, który rozsadzał jej osierocone żebra. Mogłaby. Bimber palił, a ciało Miles drżało w płyciźnie jej dogasającego oddechu.
– Wiem jak działają gumki Ambrosia, jak mi zaraz jebniesz, że po Beltane będę mieć sześciokurwaraczki, to Ci pizgnę.
– Przynieś przynieś, ja swój cały wyżłopałam, ale następnym razem przyniosę swoją karmelówkę. – alkohol pędzony na strychu w niedoszłej pracowni malarskiej był zawsze koloru Miles'owych oczu. Zupelnie jakby chciała by ludzie pili ją, by paliła im przełyki i upajała zawrotami głowy i otumanioną szczęśliwością na ryju. Albo łzami nienawiści do siebie. Albo oboma na raz.
Wypiła razem z nią i od razu nalała sobie drugi kieliszek, bo układy na sprawy sercowe nigdy nie były proste. Oczywiście korzystała z bycia młodą i powiedzmy całkiem ładną jak spojrzeć pod odpowiednim kątem, korzystała z tego, że nie brakło jej temperamentu, który o dziwo intrygował wielu, bez względu na pozycję zajmowaną w czarodziejskim świecie. Od ścieku po sam szczyt, Mildred nie wybrzydzała, gdy ktoś porządnie wgniótł ją w ścianę, nie wybrzydzała, gdy mogła pozostawić cudze ciało całe w siniakach a właściciel tegoż ciała jej jeszcze za to dziękował. Ale serce... to dawno opuściło jej klatkę piersiową, czuła się pusta i przytępiona, rozgrzewana do czerwoności tylko przez swoją patologiczną zazdrość.
Odwrócony rydwan. Tak, zaczyna się...
Szóstka kielichów. Para dzieci trzymające w niewinności uczucia wzajemnego zaufania i troski. Kielich, który teraz był dla niej trucizną jątrzącą jej życie w bezsenne noce czekania, aż on powróci do domu.
Nienawidziła talii Ambrosi i nie raz mówiła jej jaka to jest pojebana abominacja, że karty dublują się. Tak nie powinno być, to w jej odczuciu zaburzało ogląd na sprawę. Tylko że... Po trzykroć och po trzykroć para, rodzeństwo, jej największe błogosławieństwo i przekleństwo w jednym. Mogłaby tu siedzieć naga przed swoją kuzynka, mogłaby leżeć rozkraczona na tym jebanym stole i nie czułaby się tak wyeksponowana jak przez te kurwy. Ostatni raz.
Wysunęła ku górze podbródek, zmrużyła oczy wyzywająco, wiedząc, że ona wie, że nie ma już odwrotu. Mogłaby wyrżnąć stolikiem, mogłaby rozpętać tutaj piekło kołtunem, który rozsadzał jej osierocone żebra. Mogłaby. Bimber palił, a ciało Miles drżało w płyciźnie jej dogasającego oddechu.
– Wiem jak działają gumki Ambrosia, jak mi zaraz jebniesz, że po Beltane będę mieć sześciokurwaraczki, to Ci pizgnę.