Tam toczyła się walka, a największą walką, jaką prowadził Laurent, była ta, czy to jego osoba sprowadza teraz dyskomfort, czy dzieje się coś poza jego pojęciem. Coś związanego z tym, że skóra tego człowieka była zimna. Właśnie, Zimna. Zdążył mu to wytknąć, nie było zaprzeczenia, nie było potwierdzenia, a może on był jednym z tych... jednym z Zimnych? Nie był teraz pewien, ilu ich było, ale chyba... chyba Yaxleya nie kojarzył z gazet jako jednego dotkniętego tą dziwną przypadłością. Nawet nie klątwą, po prostu przypadłością. Cynthia świetnie sobie radziła z zagadnieniami nekromancji, nawet lepiej od niego, a nawet ona nie rozumiała, co się dzieje. Heh, z tego co rozumiał, to nikt nie wiedział, co się z Zimnymi dzieje. Chwila więc trwała. Przeciągała się. Niepokój i ciekawość przeplatały się wzajem, potrafiły budować całkiem ekscytującą mieszankę... i może to było to. Poruszył się. Przełożył nogę na nogę, odetchnął, przymrużył oczy jakby w lenistwie, a ruch ten - równie leniwy - był jakoby odpowiedzią na słowa, które padły. Całkiem poważne słowa i nie zamierzał ich lekceważyć, a jednocześnie przeciągnął tę chwilę i podważył własne bezpieczeństwo. Nieświadomie. Astaroth, przyszło mu do głowy, mógł jeszcze należeć do tych osób mających problemy z agresją, jak jego kochany kuzyn.
- Są różne rodzaje bólu. Ustaliliśmy, że nie przepadam za tym, kiedy przystojna mężczyzna łapie mnie w ramiona i wypuszcza, choć dobrze nie zaczął. - Uśmiechnął się nieco figlarnie, chociaż nadal z tym błyskiem w oku i pomimo słów, to unoszenie się kącików Laurenta wygładzało jeszcze bardziej jego twarz, powodując, że promieniała ciepłem. Nie było w jego spojrzeniu i tonie złośliwości, to wszystko wydawało się niewinnie figlarne, a przecież zdanie, jakie sformułował, było od niewinności bardzo dalekie. Byłoby kłamstwem, gdyby powiedział, że nie podobała mu się atencja, jaką dostał od Astarotha. Podobała. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że pożerać kogoś wzrokiem mogło mieć o wiele głębsze znaczenie a nie tylko bardzo intensywny flirt. Drgały nitki sieci wokół pajęczych odnóży. Pająk nie wiedział, że tak naprawdę wpadł w oczy rosiczce. Ten myślał o bólu, tamten myślał o słodkim miodzie. A przecież... ból mógł być jak słodki miód.
Propozycja Astarotha nieco zdziwiła Laurenta. Przez chwilę jeszcze siedział tak rozłożony na fotelu, jakby to on był tutaj panem i władcą. Wpatrywał się w swojego gospodarza i zastanawiał czy on mówi na serio. Wymierzał poziom szczerości. Kłamie? Nie kłamie? Zdawał się szczery. Wręcz... zadziwiająco szczery.
- Oczywiście. Nie ma problemu. - Spoważniał nieco, bo nie przepadał za mieszaniem przyjemności z pracą, za ich przeplataniem. Przesunął się na swoim miejscu bliżej stolika - i samego Astarotha - wyciągając z kieszeni swój niewielki dziennik. Było w nim sporo notatek, rysunków - nie były ładne, były ledwo technicznym studium, albo jakimiś diagramami. Otworzył na odpowiedniej stronie i położył na stoliku, nachylając się bardziej. Tak, pachniał drogimi perfumami. Delikatną wersją piżmowo-drzewnym perfum. - Chodzi o widma, być może miał pan okazję o nich słyszeć albo czytać. - Albo Geraldine mu ten ogólnik powiedziała. - Pożerają energię, więc są podobne nieco do dementorów, szukałem ich porównania do Śmierciotuli, ale one... cóż, nie wygląda jakby miały fizyczną formę i jednocześnie są w stanie oddziaływać na nasz świat, dokładnie jak poltergeist. - Pokazał mężczyźnie konkretny fragment tekstu - miał eleganckie, pochyłe, równiutkie pismo, którego nie powstydziłby się żaden poeta. Przesunął dziennik w stronę Astarotha. Tam znajdował się fragment tekstu:
Widmo, klasyfikacja Magicznego Stworzenia nieznana, zalicza się do pokrewnych gatunków dementora oraz śmierciotuli. Jego obecność nie pozostawia po sobie żadnych śladów fizycznych. Brak zapachu oraz odcisków. Mimo posiadania niematerialnego ciała potrafi nawiązać kontakt fizyczny z przedmiotami. Mimo założonego związku z duchami nie posiadają wyraźnej formy, są niemal niezauważalne, ich ciało ma nieokreślony, przejrzysty kształt. Nie posiadają zdolności przenikania przez obiekty (w pierwszych obserwacjach). Obecność tych stworzeń objawia się poczuciem zimna, wrażeniem przygasania światła, narastającym strachem, poczuciem samotności i pustki. We wstępnym założeniu poruszają się stadami i nie atakują większych grup. Chętnie atakują pojedyncze osoby. Posiadają niezaspokojony apetyt. Wystarczy im kilka sekund, żeby pozbawić ofiarę sił życiowych, co klasyfikuje je jako istoty skrajnie niebezpieczne oraz niemożliwe do walki bez strat. Pożywianie się tych stworzeń prowadzi do gwałtownej utraty sił i błyskawicznego procesu starzenia, aż w końcu do pozbawienia całkowicie ciała. Pozostawiają jednak wysuszoną skórę pozbawioną organów a nawet kości. Pobierają energię życiową z ofiary (do sprawdzenia: czy pochłaniają ducha?). Odpowiednio szybka reakcja pozwala przed nimi uciec (co pokazuje przypadek Mildred Found). Stworzenia nie są zdolne do nawiązania kontaktu (w przeciwieństwie do dementorów). Skuteczną metodą walki zee stworzeniami jest Patronus (oczywiście czysto teoretycznie przez wzgląd na wyraźne powiązanie z dementorem czy też śmierciotulą). Założenie: proces powstania oraz pochodzenie stworzeń jest bezpośrednio związane z wpływem Czarnego Pana na Beltane. Być może są to wypaczone dusze z Limbo.