- Mmmh... - Wyciągnął jeden kącik ku górze, przechylił głowę, spoglądając z ukosa na Flynna. Zachłanność? Nieee, skądże. W ogóle nie pasowała do Flynna. W ogóle. Oprócz tego, że chciał mieć to wszystko i jednocześnie niekoniecznie wszystkim się dzielić. Uważał, że można tak żyć, że się da - dzieląc to życie na kilka kawałków, że wtedy uda się utrzymać to wszystko na jednym torze. Nie dało się. Cain sam wiedział, że jego możliwość odsuwania i ignorowania pewnych rzeczy nie będzie się przeciągała w wieczność. Nie z wyboru. Z napięcia. Będą dochodziły nowe malutkie elementy, wiadomości, podszepty, nowe obrazy, jeden do pięćdziesięciu i w końcu wylądujemy na setce. Starannie prowadził tę rachunkowość - nie chciałby się pogubić. Przecież mieli się z czego rozliczać - on i Flynn. Zakończyłby rozliczanie tam, gdzie miałby swoje błędy, które ich doprowadziły do tego punktu. A Flynn? On przecież miał wiele dróg przed sobą. Jeden Cain Bletchley niczego na tych drogach nie zmieniał. Poboczna ścieżka, która musiała czymś się wyróżniać, skoro na nią zaglądał. Był szczęśliwy, że tak było. Że mógł z nim spędzać czas, cieszyć się jego żartami, komplementami, uwagą i pomysłami, których miał od groma. Tak właśnie spędzał swoje wakacje - pierwsze od... dawna. To nie tak, że nie wybierał wolnego, o nie, nie! Wybierał. Po to, żeby zająć się sprawami Zakonu, rodziny, żeby mieć czas załatwić rzeczy, albo poleżeć w łóżku i przecierpieć dzień, który był wyjątkowo paskudny i pechowy. Miał więc odpowiedzieć na to pytanie: czy był zbyt zachłanny? Oj tak. - Dobrze. - Bardzo dobrze. Że niczego nie żałował. Nie powinien... a może powinien? Może powinien mu wytknąć błędy przeszłości, które popełnił na drodze, na której się zeszli. Może. Ale nie chciał tego robić.
Tak, to był właśnie wstyd, to co powiedział on, co powiedział Flyn, to wszystko było wstydem. Fleamont był aż zbyt bystry, manipulacja słowem nie była raczej czymś, co do niego trafiało. A on chciał tylko... przedstawić to w nieco korzystniejszym świetle, żeby Flynn nie wkładał sobie do głowy tego, że to ON jest problemem. Mleko jednak zostało rozlane, a czarnowłosy był trudny do przekonania, gdy chodziło o sprawy związane z tym, żeby uwierzyć w siebie. Żeby myśleć o sobie dobrze.
- Ale szczekasz dlatego, że czujesz. - Głaskał go, bo wiedział, że jeśli coś mogło pomóc to właśnie to. Z nim się nie siadało i nie omawiało problemów. A może powinien? Nie, nie chciał. Nie chciał sprawiać mu przykrości, tylko jednocześnie czuł, że trzeba mu pomóc radzić sobie z takimi sytuacjami i przemilczenie ich wcale nie było rozwiązaniem. - Złość jest jak alarm i system obronny przed krzywdą. Nie przeszkadza mi, możesz ją przy mnie wyrzucać, poradzę sobie z nią. - Chyba że był pijany, wtedy nie radził sobie ze swoimi własnymi emocjami, co dopiero cudzymi. - Lepiej porzucać kurwami niż siedzieć zjebanym i dusić się w sobie. - Flynn się dusił cały czas, chyba że krajobraz mu przykrywały te chwile szczęścia, które zbierał do notatniczka czy z czym on czasami potrafił chodzić.
Tak, niektóre rzeczy należało przemilczeć. Granica musiała zostać jednak narysowana. To właśnie była ta wielka miłość? Ta obsesja, że mógłbyś zrobić dla kogoś WSZYSTKO..! I nagle z tego WSZYSTKO wyłaniały się rzeczy, których nie zrobisz. Wstyd. Wstyd miał różne formy i odnosił się do różnych rzeczy. Mógł odegrać miny ludzi wokół siebie i skazę na szkle, która rzuciłaby się na jego życie obrzydliwym cieniem. A Fleamont nie był obrzydliwy. Był niechlujny, trzeba było go motywować do brania kąpieli, chodził w wyzywających ubraniach... był sobą. Dlatego też to pragnienie Bletchleya o tym całym mieszkaniu razem... to wszystko było nierealne. Zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę - być zachłannym jednak..! Oj tak, można było. Przecież to do nich tak dobrze pasowało.
- Daję temu o wiele więcej. - Niż dawał tam, w Londynie. Niż dawał kiedyś, nawet na Ścieżkach. Potrafił czasami się zapomnieć - aż za bardzo - jak przy tamtym cmentarzu - to było chore. Tak chore, że wiedział, że powinno go to jakoś ocucać, a tymczasem znajdował w tym przyjemność. Tylko właśnie - ukłucie strachu było realne. - Zmieniłeś się przez te lata. - To było chyba oczywiste, prawda? A jednak brzmiało zawsze inaczej, kiedy wypowiadały to różne osoby. I potrafiło mieć niemal nostalgiczny wydźwięk, kiedy wypowiadał je ktoś bliski. - Wydoroślałeś. - Przytulił go obiema rękoma, ale tak, żeby Flynn mógł swobodnie palić ile tylko chciał. Pamiętał aż za dobrze w jakie tantrum kiedyś wpadał Fleamont, jak odpuszczanie i rzucanie różnych haseł było o wiele mniej w jego gestii... - W chuj się cieszę, że mnie tu zabrałeś. Może jakbym umiał rzucić pracę i rodzinę, zamieszkał tutaj, z tobą, to problemy przestałyby istnieć. - Powiedział to w takim lekkim zastanowieniu, wyobrażając sobie taką alternatywną rzeczywistość.