28.04.2024, 06:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 06:39 przez Alexander Mulciber.)
Wystarczyło mrugnięcie okiem.
To niemożliwe.
Nie zwracał uwagi na natarczywe pytania Mildred ani na marudzenie Leona. Słowa Morpheusa i Ambrosii, skupionych na analizowaniu zaburzeń w przepływie energii, były tylko tłem dla nadprzyrodzonej feerii barw... I czerni, pochłaniającej nici nieznajomych kobiet. Gdyby Windermere próbowało omamić jego zmysły, zawsze mógł zerknąć na nici łączące go z Rosie, powtarzał sobie, bo te od prawie dwudziestu lat wyglądały tak samo. Ale teraz mógł tylko milczeć, zapatrzony w przestrzeń, nie dowierzając temu, co widzi. Jeden z aksjomatów, na których opierał się jego wszechświat, właśnie został naruszony. Mrugnął. Nici się zmieniły. Fiolet. Fiolet chroni, mówiła Moody, ale to wcale go nie pocieszało.
Patrzył gdzieś w przestrzeń. Na początku wydawał się zdziwiony. A Alexander Mulciber rzadko się czemukolwiek dziwił. Większość nieoczekiwanych rewolucji w życiu swoim i innych ludzi przyjmował ze spokojem, jakby wszystko było dla niego fatum. Chwilę potem, chmurną, zwykle zblazowanie obojętną twarz, wykrzywił gniewny grymas niezadowolenia. To można było zaobserwować u Mulcibera zdecydowanie częściej. Ale złość szybko ustąpiła miejsca czemuś innemu. Czemuś, co na twarzy Alexa widział dotąd tylko jego brat. Lęk.
Mrugnął. Spojrzenie przeraźliwie niebieskich oczu - zwykle równie mętne, co topiel Windermere - skrystalizowało się nagle niczym lód na tafli jeziora. Przez fiolet, oplatający ciasno nici łączące jego i Ambrosię, wciąż przebłyskiwały bazowe kolory powiązania. Mrugnął trzy razy. Dalej to samo. Twarz Mulcibera znów przybrała normalny wyraz, kiedy ten zaczął na powrót analizować nici pary nieznajomych kobiet.
- Windermere manipuluje ich emocjami. - potwierdził chłodno. - Te kobiety... Czerń oblepia ich bazowe nici. Pożera inne barwy. Jak pasożyt.
Nigdy nie lubił patrzeć na nici. Nie na jawie.
Nici były domeną snów.
"Pomyśl, że to sen", powtarzał od dziecka Mulciber: wtedy rodowa dywiza nie była dlań pretekstem do ucieczki przed rzeczywistością, tylko wyrazem dumy; przekonaniem, że może wszystko, tak jak w snach. Sny Alexandra - kiedy już udało mu się zasnąć - były równie gwałtowne, co jego profetyczne wizje. Ale kiedyś miały też w sobie dużo piękna. Nici powiązań - czasem przypominające mordercze korzenie diabelskich sideł, czasem zaś równie ulotne, co babie lato niesione wiatrem - łączyły się wówczas ze sobą w fantastyczne wzory. W snach mógł ich dotknąć. Smużyste wstęgi oplatały jego ramiona, tak jak teraz robiła to ręka Ambrosii.
Jego nici były niemalże identyczne z tymi, które biegły w jego stronę od reszty zgromadzonych. Ta czarna, podążająca w stronę Moody, pobłyskiwała wieloma różnymi kolorami. Wiedział, co znaczą, choć długo uczył się nazywać te emocje. Ciekawość. Zazdrość. Obawa. Ale i poniekąd... zrozumienie? Wszystkie przytłoczone przez głęboką, zadawnioną niechęć. Mrugnął. Leon... Był jak większość ludzi w jego życiu. Obcy i obojętny. Kompletnym przeciwieństwem była bazowa nić Ambrosii: szeroka, pulsująca w rytm bicia serca Alexandra. Niepowtarzalna. Zwykle patrzył na nią z dumą, często z ulgą, ale najczęściej z przedziwną satysfakcją - że kobieta tak doskonała, dalej obdarzała go swymi względami - i długo sycił się widokiem nici, nie mogąc oderwać od niej oczu, tak jak nie potrafił nie śledzić głodnym spojrzeniem jej właścicielki. Nie chciał zaś nawet patrzeć na nić łączącą go z Morpheusem. Intensywna a zarazem krucha, większość czasu wiła się pokrętnie, nieprzewidywalnie, i nie sposób zaprzeczyć, że było coś uwodzicielskiego w tych serpentynowych pląsach. Mulciber miał jednak nieodparte wrażenie, że ta nić może się przeistoczyć w wisielczy sznur: zaciskający się na jego szyi niczym stryczek.
Alexander nie zareagował, kiedy dwójka mężczyzn padła na kolana: może dlatego, że doskonale znał z autopsji uczucie, jakiego musiała doświadczać dwójka pozostałych jasnowidzów. Pierwszy raz, panowie? Nie znał możliwości dywinacyjnych Bletchleya, ale z Longbottomem, akurat, zdążyli już całkiem nieźle poznać kaprysy daru, bo zdarzało im wieszczyć w swojej obecności. Wizje Mulcibera były zazwyczaj gwałtowne, rzucały go na kolana, na ziemię, wyciskały z piersi głuche rzężenie, targały ciałem, dopóki nasilone drgawki nie pozbawiły go przytomności. Wieszczenie było dla niego przekleństwem i darem zarazem. Przyzwyczaił się. Nie było z czego robić wielkiej sprawy. Przejdzie im.
Alex kopnął leciutko Bletchleya w bok, żeby sprawdzić, czy ten - biorąc jego słabe serce pod uwagę - nie wyzionął ducha przy okazji jasnowidzenia. Akurat byłaby robota dla egzorcysty - a przecież sam Leon prosił go, by rozglądał się za oznakami opętania, czyż nie?
- Pochyl się do przodu i uciśnij skrzydełka nosa - rzucił litościwie, bo, bądź co bądź, to był wciąż kuzyn Rosie. A że Mulciber skopał jużleżącego klęczącego, to niewiele więcej mógł zrobić, poza klepnięciem go w plecy.
- Morpheus - powiedział, głośno, ostro, odwracając się od Leona. Tak, jak gdyby chciał osadzić starszego jasnowidza na powrót w rzeczywistości - tak, jak to często praktykowali w Departamencie Tajemnic, kiedy oddawali się eksperymentom na trzecim oku. Imiona miały w sobie moc. Zwłaszcza takie, które kradło się bogom. podszedł bliżej, gotów podać mu rękę, gdyby ten chciał stanąć na nogi. Fiolet, który łączył jego i Rosie wzmocnił się, kiedy się zbliżył. - Koszulę sobie upierdoliłeś. - W stanowczym głosie Alexa słychać było delikatne rozbawienie... Ale też oczekiwanie: co zobaczyli?.
Krew Morpheusa była czerwona. Czerwone było też pożądanie, obecne w niciach łączących starszego mężczyznę z Rosie... I vice versa.
Mrugnął. Nienawidził czasem tych pierdolonych nici.
Popierdoli mnie, skonstatował z zadziwiającym spokojem Alex, bładząc wzrokiem po twarzy Rosie. Żałował, że nie zesłano mu wizji. Że nie mógł zatracić się w przyszłości, by zapomnieć o teraźniejszości. Zwykle pragnął, by było na odwrót.
Zmusił się do spojrzenia w stronę kolejnej awantury.
To niemożliwe.
Nie zwracał uwagi na natarczywe pytania Mildred ani na marudzenie Leona. Słowa Morpheusa i Ambrosii, skupionych na analizowaniu zaburzeń w przepływie energii, były tylko tłem dla nadprzyrodzonej feerii barw... I czerni, pochłaniającej nici nieznajomych kobiet. Gdyby Windermere próbowało omamić jego zmysły, zawsze mógł zerknąć na nici łączące go z Rosie, powtarzał sobie, bo te od prawie dwudziestu lat wyglądały tak samo. Ale teraz mógł tylko milczeć, zapatrzony w przestrzeń, nie dowierzając temu, co widzi. Jeden z aksjomatów, na których opierał się jego wszechświat, właśnie został naruszony. Mrugnął. Nici się zmieniły. Fiolet. Fiolet chroni, mówiła Moody, ale to wcale go nie pocieszało.
Patrzył gdzieś w przestrzeń. Na początku wydawał się zdziwiony. A Alexander Mulciber rzadko się czemukolwiek dziwił. Większość nieoczekiwanych rewolucji w życiu swoim i innych ludzi przyjmował ze spokojem, jakby wszystko było dla niego fatum. Chwilę potem, chmurną, zwykle zblazowanie obojętną twarz, wykrzywił gniewny grymas niezadowolenia. To można było zaobserwować u Mulcibera zdecydowanie częściej. Ale złość szybko ustąpiła miejsca czemuś innemu. Czemuś, co na twarzy Alexa widział dotąd tylko jego brat. Lęk.
Mrugnął. Spojrzenie przeraźliwie niebieskich oczu - zwykle równie mętne, co topiel Windermere - skrystalizowało się nagle niczym lód na tafli jeziora. Przez fiolet, oplatający ciasno nici łączące jego i Ambrosię, wciąż przebłyskiwały bazowe kolory powiązania. Mrugnął trzy razy. Dalej to samo. Twarz Mulcibera znów przybrała normalny wyraz, kiedy ten zaczął na powrót analizować nici pary nieznajomych kobiet.
- Windermere manipuluje ich emocjami. - potwierdził chłodno. - Te kobiety... Czerń oblepia ich bazowe nici. Pożera inne barwy. Jak pasożyt.
Nigdy nie lubił patrzeć na nici. Nie na jawie.
Nici były domeną snów.
"Pomyśl, że to sen", powtarzał od dziecka Mulciber: wtedy rodowa dywiza nie była dlań pretekstem do ucieczki przed rzeczywistością, tylko wyrazem dumy; przekonaniem, że może wszystko, tak jak w snach. Sny Alexandra - kiedy już udało mu się zasnąć - były równie gwałtowne, co jego profetyczne wizje. Ale kiedyś miały też w sobie dużo piękna. Nici powiązań - czasem przypominające mordercze korzenie diabelskich sideł, czasem zaś równie ulotne, co babie lato niesione wiatrem - łączyły się wówczas ze sobą w fantastyczne wzory. W snach mógł ich dotknąć. Smużyste wstęgi oplatały jego ramiona, tak jak teraz robiła to ręka Ambrosii.
Jego nici były niemalże identyczne z tymi, które biegły w jego stronę od reszty zgromadzonych. Ta czarna, podążająca w stronę Moody, pobłyskiwała wieloma różnymi kolorami. Wiedział, co znaczą, choć długo uczył się nazywać te emocje. Ciekawość. Zazdrość. Obawa. Ale i poniekąd... zrozumienie? Wszystkie przytłoczone przez głęboką, zadawnioną niechęć. Mrugnął. Leon... Był jak większość ludzi w jego życiu. Obcy i obojętny. Kompletnym przeciwieństwem była bazowa nić Ambrosii: szeroka, pulsująca w rytm bicia serca Alexandra. Niepowtarzalna. Zwykle patrzył na nią z dumą, często z ulgą, ale najczęściej z przedziwną satysfakcją - że kobieta tak doskonała, dalej obdarzała go swymi względami - i długo sycił się widokiem nici, nie mogąc oderwać od niej oczu, tak jak nie potrafił nie śledzić głodnym spojrzeniem jej właścicielki. Nie chciał zaś nawet patrzeć na nić łączącą go z Morpheusem. Intensywna a zarazem krucha, większość czasu wiła się pokrętnie, nieprzewidywalnie, i nie sposób zaprzeczyć, że było coś uwodzicielskiego w tych serpentynowych pląsach. Mulciber miał jednak nieodparte wrażenie, że ta nić może się przeistoczyć w wisielczy sznur: zaciskający się na jego szyi niczym stryczek.
Alexander nie zareagował, kiedy dwójka mężczyzn padła na kolana: może dlatego, że doskonale znał z autopsji uczucie, jakiego musiała doświadczać dwójka pozostałych jasnowidzów. Pierwszy raz, panowie? Nie znał możliwości dywinacyjnych Bletchleya, ale z Longbottomem, akurat, zdążyli już całkiem nieźle poznać kaprysy daru, bo zdarzało im wieszczyć w swojej obecności. Wizje Mulcibera były zazwyczaj gwałtowne, rzucały go na kolana, na ziemię, wyciskały z piersi głuche rzężenie, targały ciałem, dopóki nasilone drgawki nie pozbawiły go przytomności. Wieszczenie było dla niego przekleństwem i darem zarazem. Przyzwyczaił się. Nie było z czego robić wielkiej sprawy. Przejdzie im.
Alex kopnął leciutko Bletchleya w bok, żeby sprawdzić, czy ten - biorąc jego słabe serce pod uwagę - nie wyzionął ducha przy okazji jasnowidzenia. Akurat byłaby robota dla egzorcysty - a przecież sam Leon prosił go, by rozglądał się za oznakami opętania, czyż nie?
- Pochyl się do przodu i uciśnij skrzydełka nosa - rzucił litościwie, bo, bądź co bądź, to był wciąż kuzyn Rosie. A że Mulciber skopał jużleżącego klęczącego, to niewiele więcej mógł zrobić, poza klepnięciem go w plecy.
- Morpheus - powiedział, głośno, ostro, odwracając się od Leona. Tak, jak gdyby chciał osadzić starszego jasnowidza na powrót w rzeczywistości - tak, jak to często praktykowali w Departamencie Tajemnic, kiedy oddawali się eksperymentom na trzecim oku. Imiona miały w sobie moc. Zwłaszcza takie, które kradło się bogom. podszedł bliżej, gotów podać mu rękę, gdyby ten chciał stanąć na nogi. Fiolet, który łączył jego i Rosie wzmocnił się, kiedy się zbliżył. - Koszulę sobie upierdoliłeś. - W stanowczym głosie Alexa słychać było delikatne rozbawienie... Ale też oczekiwanie: co zobaczyli?.
Krew Morpheusa była czerwona. Czerwone było też pożądanie, obecne w niciach łączących starszego mężczyznę z Rosie... I vice versa.
Mrugnął. Nienawidził czasem tych pierdolonych nici.
Popierdoli mnie, skonstatował z zadziwiającym spokojem Alex, bładząc wzrokiem po twarzy Rosie. Żałował, że nie zesłano mu wizji. Że nie mógł zatracić się w przyszłości, by zapomnieć o teraźniejszości. Zwykle pragnął, by było na odwrót.
Zmusił się do spojrzenia w stronę kolejnej awantury.
Na percepcję, na widzenie nici powiązań między brygadzistą i uzdrowicielką.
Rzut PO 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat