20.12.2022, 23:43 ✶
- Najlepsi przyjaciele – wyjaśniła Brenna. – Dziś też wyszła z nim.
Przygryzła wargę, wciąż trwając pochylona nad Salemem, namyślając się nad jego słowami. Cholera. Brennę łatwo było nakłonić do pomocy, gdy ktoś miał kłopoty, owszem, ale już do postępowania według cudzej woli, angażowania się w plany, w które angażować się nie chciała… nie. Ten kot jednak zdecydowanie wiedział, w jaki sposób postawić sprawę, aby poruszyć odpowiednie struny w duszy Brygadzistki.
Nie chciała ingerować w tę sprawę. Czuła się, jakby mieli knuć za plecami Nory. A jednocześnie Salem, do licha, miał sporo racji. Kiedyś Mabel zażąda odpowiedzi. Kiedyś może chcieć poznać ojca. Kiedyś może mieć pretensje do matki, że ta wykreśliła go z jej życia.
Ku temu mogły jednak istnieć różne powody. Od tego, że nie chciała zmuszać kogoś do ślubu czując, że ten jej nie kocha, przez własną decyzję, że „tak będzie lepiej” lub fakt, że mężczyzna był czystej krwi i nie związałby się z kimś, kto pochodził z Figgów aż po dużo mroczniejsze rzeczy.
- Chodziło mi o to… że może to robić, bo on ją skrzywdził. Albo bo mógłby próbować zabrać Mabel. Lub że wiedział, że ona jest w ciąży, a i tak nie chciał mieć z nią nic wspólnego– wyjaśniła z przymusem. Jej słowa były szeptem, słyszalnym tylko dla uszu kota. Wygłoszone po tym, jak zerknęła na chrześnicę, upewniając się, że nowa kolorowanka zupełnie ją pochłonęła. – Nigdy… Nigdy nic nie mówiła. Sądzisz, że… - zacięła się, jakby, rzecz niesamowita, brakowało jej słów. Jasny szlag. – Że tak nie było?
Brenna musiała brać pod uwagę różne scenariusze. Salem wiedział po prostu więcej: widział reakcję Nory. Sama Brenna dopiero teraz zrozumiała, że zapłakana Figg mogła być tak przejęta nie tylko z powodu zamiany w bobra…
Jeżeli jednak miała rację, skrzywdził ją, uwiódł albo byłby gotów zabrać córkę, nie zasługiwał ani na Norę, ani na Mabel. W grę nie wchodziłyby żadne spotkania, a Brenna byłaby gotowa stanąć przed takim mężczyzną z różdżką w ręku i okrzykiem „nie przejdziesz” na ustach.
Jeśli nawet znalazłaby tego człowieka, na pewno najpierw prześwietliłaby go siedem pokoleń wstecz, nadużywając przy tym pozycji Brygadzistki i rodzinnej fortuny. Cholera, już coś o nim wiedziała. Jeżeli był na tym balu, na pewno go znała.
- Salem, broniłabym jej do ostatniego tchu. Ale nie jest łatwo uchronić człowieka przed złamaniem serca – powiedziała powoli, ostrożnie. Była bliska złamania się, ale wciąż miała wątpliwości. Owszem, mogła knuć pewne rzeczy, w tym przypadku jednak stąpali po kruchym gruncie, a stawka była cholernie wysoka. Chodziło o Norę. I przede wszystkim, chodziło o Mabel. – Mogę spróbować go znaleźć, ale czy nie należałoby najpierw porozmawiać z Norą? Albo przynajmniej spróbować wybadać, z czego wynika jej... niechęć?
Przygryzła wargę, wciąż trwając pochylona nad Salemem, namyślając się nad jego słowami. Cholera. Brennę łatwo było nakłonić do pomocy, gdy ktoś miał kłopoty, owszem, ale już do postępowania według cudzej woli, angażowania się w plany, w które angażować się nie chciała… nie. Ten kot jednak zdecydowanie wiedział, w jaki sposób postawić sprawę, aby poruszyć odpowiednie struny w duszy Brygadzistki.
Nie chciała ingerować w tę sprawę. Czuła się, jakby mieli knuć za plecami Nory. A jednocześnie Salem, do licha, miał sporo racji. Kiedyś Mabel zażąda odpowiedzi. Kiedyś może chcieć poznać ojca. Kiedyś może mieć pretensje do matki, że ta wykreśliła go z jej życia.
Ku temu mogły jednak istnieć różne powody. Od tego, że nie chciała zmuszać kogoś do ślubu czując, że ten jej nie kocha, przez własną decyzję, że „tak będzie lepiej” lub fakt, że mężczyzna był czystej krwi i nie związałby się z kimś, kto pochodził z Figgów aż po dużo mroczniejsze rzeczy.
- Chodziło mi o to… że może to robić, bo on ją skrzywdził. Albo bo mógłby próbować zabrać Mabel. Lub że wiedział, że ona jest w ciąży, a i tak nie chciał mieć z nią nic wspólnego– wyjaśniła z przymusem. Jej słowa były szeptem, słyszalnym tylko dla uszu kota. Wygłoszone po tym, jak zerknęła na chrześnicę, upewniając się, że nowa kolorowanka zupełnie ją pochłonęła. – Nigdy… Nigdy nic nie mówiła. Sądzisz, że… - zacięła się, jakby, rzecz niesamowita, brakowało jej słów. Jasny szlag. – Że tak nie było?
Brenna musiała brać pod uwagę różne scenariusze. Salem wiedział po prostu więcej: widział reakcję Nory. Sama Brenna dopiero teraz zrozumiała, że zapłakana Figg mogła być tak przejęta nie tylko z powodu zamiany w bobra…
Jeżeli jednak miała rację, skrzywdził ją, uwiódł albo byłby gotów zabrać córkę, nie zasługiwał ani na Norę, ani na Mabel. W grę nie wchodziłyby żadne spotkania, a Brenna byłaby gotowa stanąć przed takim mężczyzną z różdżką w ręku i okrzykiem „nie przejdziesz” na ustach.
Jeśli nawet znalazłaby tego człowieka, na pewno najpierw prześwietliłaby go siedem pokoleń wstecz, nadużywając przy tym pozycji Brygadzistki i rodzinnej fortuny. Cholera, już coś o nim wiedziała. Jeżeli był na tym balu, na pewno go znała.
- Salem, broniłabym jej do ostatniego tchu. Ale nie jest łatwo uchronić człowieka przed złamaniem serca – powiedziała powoli, ostrożnie. Była bliska złamania się, ale wciąż miała wątpliwości. Owszem, mogła knuć pewne rzeczy, w tym przypadku jednak stąpali po kruchym gruncie, a stawka była cholernie wysoka. Chodziło o Norę. I przede wszystkim, chodziło o Mabel. – Mogę spróbować go znaleźć, ale czy nie należałoby najpierw porozmawiać z Norą? Albo przynajmniej spróbować wybadać, z czego wynika jej... niechęć?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.