28.04.2024, 16:27 ✶
Flynn wcale nie uważał, że powinni tutaj cokolwiek przemilczeć. Jeżeli czegoś nauczył się przez ostatnie dni, to smutnej prawdy o sobie - bycie cichym samotnikiem wcale nie oznaczało braku chęci mówienia o sobie - on po prostu nie potrafił, bał się, rezygnował w ostatniej chwili. Wmawiał sobie, że nie chciał. Ale to wcale nie znaczyło strachu przed byciem zauważonym. Wciąż pamiętał, jak to się w ogóle stało, aby tak szybko zaczęli ze sobą spać. Bletchley go pojmował. Na sposoby, jakich ktoś z jego ograniczoną percepcją nie mógł kompletnie zrozumieć. Jego małe szczęście. Patrzenie na kogoś i bycie świadomym, że on też cię widzi. Zanurzanie się w szarości jego oczu, żeby zobaczyć, dlaczego tak dobrze to robił i zorientowanie się, że jego uczucia zakrawały na obsesję. Tak łatwo było w tym utonąć. W nie byciu na chwilę. W zakochaniu się w kimś, kto faktycznie pamiętał to co do niego mówiłeś, pamiętał o tobie, o twoich nawykach i potrzebach. W kimś chcącym dotykać cię uspokajająco, żeby było ci przynajmniej o okruch bólu lżej. To wcale nie było skomplikowane, to było oczywiste, żeby się w nim zakochać - nawet kiedy mówił sobie, jak bardzo się od tego dystansował, wypominał sobie krzywdzenie go, pluł sobie w brodę kiedy tylko wracała do niego koncepcja zakończenia przez Caina swojego życia - okej, ale wciąż go wybrał. Nieważne ile razy powie sobie, że to Bletchley będzie bardziej cierpiał, kiedy to wszystko runie - okłamywał się.
Dlaczego wszystko, co razem zbudowali, musiało być oparte na kłamstwach? Idiotyczne. Kompletnie idiotyczne. Miał ochotę krzyczeć, kiedy wreszcie pojął to, że problemem było to, jak dobrze się rozumieli. Gdyby się nie rozumieli, to pewnie któreś z nich już dawno pękłoby i nadałoby tej relacji inny bieg, ale oni się jak na złość samym sobie rozumieli. On nie chciał nigdy zostawiać Fontaine. Cain nie chciał być nikim więcej niż cieniem człowieka. Więc kłamali. Snuli sobie jakieś bzdury, marzyli o innym życiu, w którym mieliby odwagę...
Zacisnął zęby. Otworzył je z trudem, rozchylił usta, bo chciał coś powiedzieć - przyznać się do najgorszego z najgorszych - tej chwili kiedy chciał uderzyć go w twarz i chociaż tego nie zrobił, nie potrafił sobie tego wybaczyć. Wielokrotnie pobito go tak, że ledwo wrócił do mieszkania, ale to i tak nigdy nie było porównywalne do chwil, kiedy uderzał cię ktoś, kogo kochałeś. Pierwszy raz brałeś za wyjątek, przypadek, złe ułożenie gwiazd. Przy szesnastym docierało do ciebie, jak naiwną była wiara w to, że jeżeli się do tego przyzwyczaisz, to będzie bolało mniej. Odwrócił twarz w jego kierunku, z tą otwartą buzią i poruszył wargami, ale wydobyło się z nich jedynie zająknięcie.
- M-m-m-o-... - próbował coś z siebie wydusić, ale nie dał rady, złapał się dłonią za usta i milczał. Nawet nie poczuł kiedy zaczął płakać - po prostu łza stoczyła mu się po policzku i spłynęła na palec zakrywający górną wargę.
Mogę spaść na samo dno, ale tobie nie pozwolę utonąć.
Pewnie nie mógł tego powiedzieć, bo to też było kłamstwo. Tak jak to, że wydoroślał. Z nikogo stał się niczym. Ba, on nie tylko nie ruszył do przodu, on się cofnął w rozwoju. Wrócił do etapu, kiedy nikt z rodziny go nie lubił, ale wszyscy lubili Alexandra, więc szeptał mu na ucho rzeczy, żeby powtarzał to po nim głośniej.
Po kilku długich sekundach chciał odezwać się jeszcze raz, znów bez skutku. Widać po nim było, jak ze sobą walczy, jak nie wybiera ciszy sam z siebie - on chciał mówić, przekazać coś. Porozmawiać, bo nie chciał go stracić. Wciąż pragnął iść do tego cholernego baru, zamiast leżeć tu i się użalać nad sobą i nad tym, że w chwili kiedy ktoś zapyta go o to, co łączy go z Cainem Bletchleyem, prawidłową odpowiedzią miało być wydyszane wbrew sobie „nic takiego”. Nic takiego. Nic takiego, ale kiedy go do siebie przytulał, kiedy przeczesywał palcami jego włosy, kiedy mówił mu, jak się cieszy z kolejnego durnego pomysłu, na jaki wpadł... Flynn dał sobie to przyzwolenie, żeby oddać się własnym emocjom i zamilknąć. Oprzeć głowę o umięśnione ciało, przymknąć załzawione oczy i wypalić tego papierosa do końca.
Gdyby potrafił zostawić pracę i rodzinę. Wiedział od dawna, że to niemożliwe. Mógłby się o to oburzyć kolejny raz, ale zamiast tego oburzył się przez własną myśl - nie był w kategorii rodzina. I nie będzie. Żony zaliczało się do kategorii rodzina. Kochanków... no nie. Zalała go kolejna fala bezgranicznej zazdrości kiedy tylko wyobraził sobie Bletchleya idącego za rękę z dziewczyną mającą więcej szczęścia na loterii genetycznej niż on. Mimowolnie zacisnął palce wolnej ręki na jego skórze.
- Z-zatańcz ze mną kiedyś chociaż raz - powiedział wreszcie, kiedy jego oddech się trochę uspokoił. - Proszę? Chociaż spróbuj poczuć jak to jest.
Dlaczego wszystko, co razem zbudowali, musiało być oparte na kłamstwach? Idiotyczne. Kompletnie idiotyczne. Miał ochotę krzyczeć, kiedy wreszcie pojął to, że problemem było to, jak dobrze się rozumieli. Gdyby się nie rozumieli, to pewnie któreś z nich już dawno pękłoby i nadałoby tej relacji inny bieg, ale oni się jak na złość samym sobie rozumieli. On nie chciał nigdy zostawiać Fontaine. Cain nie chciał być nikim więcej niż cieniem człowieka. Więc kłamali. Snuli sobie jakieś bzdury, marzyli o innym życiu, w którym mieliby odwagę...
Zacisnął zęby. Otworzył je z trudem, rozchylił usta, bo chciał coś powiedzieć - przyznać się do najgorszego z najgorszych - tej chwili kiedy chciał uderzyć go w twarz i chociaż tego nie zrobił, nie potrafił sobie tego wybaczyć. Wielokrotnie pobito go tak, że ledwo wrócił do mieszkania, ale to i tak nigdy nie było porównywalne do chwil, kiedy uderzał cię ktoś, kogo kochałeś. Pierwszy raz brałeś za wyjątek, przypadek, złe ułożenie gwiazd. Przy szesnastym docierało do ciebie, jak naiwną była wiara w to, że jeżeli się do tego przyzwyczaisz, to będzie bolało mniej. Odwrócił twarz w jego kierunku, z tą otwartą buzią i poruszył wargami, ale wydobyło się z nich jedynie zająknięcie.
- M-m-m-o-... - próbował coś z siebie wydusić, ale nie dał rady, złapał się dłonią za usta i milczał. Nawet nie poczuł kiedy zaczął płakać - po prostu łza stoczyła mu się po policzku i spłynęła na palec zakrywający górną wargę.
Mogę spaść na samo dno, ale tobie nie pozwolę utonąć.
Pewnie nie mógł tego powiedzieć, bo to też było kłamstwo. Tak jak to, że wydoroślał. Z nikogo stał się niczym. Ba, on nie tylko nie ruszył do przodu, on się cofnął w rozwoju. Wrócił do etapu, kiedy nikt z rodziny go nie lubił, ale wszyscy lubili Alexandra, więc szeptał mu na ucho rzeczy, żeby powtarzał to po nim głośniej.
Po kilku długich sekundach chciał odezwać się jeszcze raz, znów bez skutku. Widać po nim było, jak ze sobą walczy, jak nie wybiera ciszy sam z siebie - on chciał mówić, przekazać coś. Porozmawiać, bo nie chciał go stracić. Wciąż pragnął iść do tego cholernego baru, zamiast leżeć tu i się użalać nad sobą i nad tym, że w chwili kiedy ktoś zapyta go o to, co łączy go z Cainem Bletchleyem, prawidłową odpowiedzią miało być wydyszane wbrew sobie „nic takiego”. Nic takiego. Nic takiego, ale kiedy go do siebie przytulał, kiedy przeczesywał palcami jego włosy, kiedy mówił mu, jak się cieszy z kolejnego durnego pomysłu, na jaki wpadł... Flynn dał sobie to przyzwolenie, żeby oddać się własnym emocjom i zamilknąć. Oprzeć głowę o umięśnione ciało, przymknąć załzawione oczy i wypalić tego papierosa do końca.
Gdyby potrafił zostawić pracę i rodzinę. Wiedział od dawna, że to niemożliwe. Mógłby się o to oburzyć kolejny raz, ale zamiast tego oburzył się przez własną myśl - nie był w kategorii rodzina. I nie będzie. Żony zaliczało się do kategorii rodzina. Kochanków... no nie. Zalała go kolejna fala bezgranicznej zazdrości kiedy tylko wyobraził sobie Bletchleya idącego za rękę z dziewczyną mającą więcej szczęścia na loterii genetycznej niż on. Mimowolnie zacisnął palce wolnej ręki na jego skórze.
- Z-zatańcz ze mną kiedyś chociaż raz - powiedział wreszcie, kiedy jego oddech się trochę uspokoił. - Proszę? Chociaż spróbuj poczuć jak to jest.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.