28.04.2024, 18:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 18:23 przez Brenna Longbottom.)
- To miłe, że tak sądzisz - powiedziała Brenna po prostu, bo nie zamierzała przecież kłócić się, byleby nie przyjąć ewidentnie szczerego komplementu. - Chyba więc tu nie mogę się wypowiadać, bo nie widzę trefnisia, chociaż lubisz kolorowe szatki, ale może znam cię troszkę za długo.
Całe swoje życie: może nie dość, by poznać go do głębi, bo różnica wieku stanowiła tu pewną barierę, stawiała Morpheusa pomiędzy dwoma pokoleniami, tak że z oboma mógł dobrze się dogadać, ale też z żadnym nie utożsamiał się pewnie w stu procentach. Morpheus był dla niej kimś, kto kochał tajemnice i przepowiednie, kto lubił życie i jego uroki, i kto szukał w nim nieustannie czegoś więcej. Kto bywał trefnisiem jak ona, bo trochę leżało to w jego charakterze, a trochę było wygodne. Kto lubił odrobinę teatralności, ale miał w sobie i małe ziarno mroku, dzięki któremu mógł dotknąć rękojeści, ale które nie było na tyle silne, aby mógł naprawdę posłużyć się tą bronią. Łatwo było wziąć go za błazna, gdy wystroił się w kolorowe szatki i mówił niektóre rzeczy – ale to była nie tyleż maska, co zaledwie część Morpheusa, jedna warstwa snu.
- Jestem pewna, że nawet na wakacjach znajdę jakieś przestępstwo. Albo jakieś przestępstwo znajdzie mnie. Zastanów się lepiej, czy chcesz tak ryzykować i zabierać ze sobą akurat mnie - powiedziała, a w jej głosie pobrzmiewał powstrzymywany śmiech. Bo nóż się stopił, tarcze wytrzymały, a oni oboje byli cali i absolutnie nieopętani. Jakiś ciężar spadł jej z ramion, bo tym razem to naprawdę był koniec: przynajmniej tej sprawy. I w przypływie ulgi była niemalże gotowa faktycznie myśleć o wakacjach... - Chyba widziałam nagłówek. Przyznaję, ostatnio czytałam głównie to, co może być związane z moją pracą.
Zwykle starała się trzymać rękę na pulsie. Głupie ploteczki nieraz ułatwiały lawirowanie na salonach, drobne przypadki łączyły się ze sobą I mogły wskazać, kto wspiera śmierciożerców lub wręcz przeciwnie, gotów jest stanąć przeciwko nim. Było jej niemal wstyd, że nie słyszała o tej kambożdżańskiej księżniczce, bo powinna wiedzieć. To mogło nie mieć znaczenia, a mogło okazać się ważne.
- Przynajmniej ta jedna sprawa z głowy - powiedziała i kiwnęła głową na jego deklarację o ukryciu broni. Znowu machnęła różdżką, tym razem wyczarowując wodę. Chłodny strunień zetknął się z nagrzanym metalem, syknęło, uniosła się para. Dodatkowe zniszczenia, chociaż celem tego czaru było po prostu schłodzenie materiału na tyle, by móc zabrać ze sobą broń, w której nie kryła się już ciemność. - Wracamy do domu? Zasłużyliśmy na coś smacznego.
Bez cukru, oczywiście.
Całe swoje życie: może nie dość, by poznać go do głębi, bo różnica wieku stanowiła tu pewną barierę, stawiała Morpheusa pomiędzy dwoma pokoleniami, tak że z oboma mógł dobrze się dogadać, ale też z żadnym nie utożsamiał się pewnie w stu procentach. Morpheus był dla niej kimś, kto kochał tajemnice i przepowiednie, kto lubił życie i jego uroki, i kto szukał w nim nieustannie czegoś więcej. Kto bywał trefnisiem jak ona, bo trochę leżało to w jego charakterze, a trochę było wygodne. Kto lubił odrobinę teatralności, ale miał w sobie i małe ziarno mroku, dzięki któremu mógł dotknąć rękojeści, ale które nie było na tyle silne, aby mógł naprawdę posłużyć się tą bronią. Łatwo było wziąć go za błazna, gdy wystroił się w kolorowe szatki i mówił niektóre rzeczy – ale to była nie tyleż maska, co zaledwie część Morpheusa, jedna warstwa snu.
- Jestem pewna, że nawet na wakacjach znajdę jakieś przestępstwo. Albo jakieś przestępstwo znajdzie mnie. Zastanów się lepiej, czy chcesz tak ryzykować i zabierać ze sobą akurat mnie - powiedziała, a w jej głosie pobrzmiewał powstrzymywany śmiech. Bo nóż się stopił, tarcze wytrzymały, a oni oboje byli cali i absolutnie nieopętani. Jakiś ciężar spadł jej z ramion, bo tym razem to naprawdę był koniec: przynajmniej tej sprawy. I w przypływie ulgi była niemalże gotowa faktycznie myśleć o wakacjach... - Chyba widziałam nagłówek. Przyznaję, ostatnio czytałam głównie to, co może być związane z moją pracą.
Zwykle starała się trzymać rękę na pulsie. Głupie ploteczki nieraz ułatwiały lawirowanie na salonach, drobne przypadki łączyły się ze sobą I mogły wskazać, kto wspiera śmierciożerców lub wręcz przeciwnie, gotów jest stanąć przeciwko nim. Było jej niemal wstyd, że nie słyszała o tej kambożdżańskiej księżniczce, bo powinna wiedzieć. To mogło nie mieć znaczenia, a mogło okazać się ważne.
- Przynajmniej ta jedna sprawa z głowy - powiedziała i kiwnęła głową na jego deklarację o ukryciu broni. Znowu machnęła różdżką, tym razem wyczarowując wodę. Chłodny strunień zetknął się z nagrzanym metalem, syknęło, uniosła się para. Dodatkowe zniszczenia, chociaż celem tego czaru było po prostu schłodzenie materiału na tyle, by móc zabrać ze sobą broń, w której nie kryła się już ciemność. - Wracamy do domu? Zasłużyliśmy na coś smacznego.
Bez cukru, oczywiście.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.