Starała się myśleć przytomnie i zrozumieć skąd mężczyzna zna jej imię. Patrzył na nią, jakby się świetnie znali, ale Fernah za nic nie mogła przypomnieć sobie z kim ma do czynienia. Całe szczęście nie musiała, bo Mulciber przeszedł do ważniejszych rzeczy – pytań od siostrę.
— Nie, znaczy tak, Fernah i nie, nie zniknęła dawno. Jakieś… Może piętnaście minut temu?
Powędrowała spojrzeniem za różdżką mężczyzny i też za wężem, który zmaterializował się dzięki zaklęciu. Wąż mignął między nogami ludzi i tyle go było widać, co nieco zaniepokoiło Fernę.
— Dziękuję. — powiedziała po tym, jak wróciła do niego wzrokiem. — Madame Malkin? Dobrze i jeszcze raz dziękuję, ale… Skąd mnie pan zna?
Kojarzyła sklep, bo i nie raz kupowała w nim lub przerabiała szaty do Hogwartu. Także nie martwiła się, jeżeli mężczyzna porzuci ją teraz. Bardziej zastanawiała się nad tym, czy wyczarowany patronus na pewno zdoła przebić się przez ten tłum i odnajdzie jej siostrę.
— Powinna wiedzieć, gdzie to jest. Kupowałyśmy tam rzeczy do Hogwartu na początku roku szkolnego… — powiedziała bardziej do siebie, niż do Mulcibera, ale ten na pewno świetnie to słyszał.
Tłum jakimś cudem zaczął się przerzedzać, co oznaczało, że walki również przeniosły się ku dalszej części ulicy. Dzięki temu oboje nie musieli wystrzegać się tego, gdzie stali i ile miejsca dookoła siebie mieli, bo w porównaniu do sytuacji sprzed chwili, teraz mieli go sporo. Fernah rozejrzała się raz jeszcze, mając nadzieję, że zauważy znajomą czuprynę, ale nic z tego. Musiała polegać na patronusie znajomo-nieznajomego, co było dla niej trudne.
— Myśli pan, że już do niej dotarł? Ludzie poszli dalej, może przejdziemy już pod sklep? — zaproponowała przez ściśnięte stresem gardło.