Kochała swoich rodziców niemal tak samo mocno, jak swoją młodszą siostrę, ale nie mogła tego powiedzieć o dziadkach ze strony ojca, do których zwykli jeździć na święta. Zawsze czuła się przez nich odpychana, co w dorosłym życiu przerodziło się w obustronną antypatię.
Z tego powodu, kiedy przed tygodniem usłyszała, że jedna ze stażystek szuka kogoś, kto mógłby wziąć za nią dyżur 25 grudnia, od razu się zgłosiła. Święta w Mungu to był koszmar większości, do której Fernah nie należała. Teleportując się do szpitala, myślała tylko o tym, żeby wykonać swoje obowiązki i później wrócić do swojego mieszkanka na Carkitt Market. Ta myśl trzymała ją, kiedy odczyniała zaklęcie na pijanym czarodzieju, który założył się z sąsiadem, że on sam byłby lepszą choinką niż ta, którą ubrał sąsiad. Później było tylko gorzej i zarazem lepiej, bo kolejne przypadki niewprawnie rzuconych zaklęć, lekkich uszczypliwych klątw teściów lub rodzeństw pozwoliły jej skupić się na pracy, dzięki czemu czas mijał szybciej.
W nocy trafił na oddział jeden z cięższych przypadków klątw nałożonych przez nieprzychylnych członków rodziny, co spowodowało, że musiała przejść się do szpitalnego magazynu. W drodze powrotnej zaczepił ją jeden z lekarzy i przekazał do odniesienia kolejne mikstury, więc uzbrojona w karton pomaszerowała dalej.
W ciemnościach nie spodziewała się znaleźć kogokolwiek, bo lekarze czy pielęgniarki raczej mieli to do siebie, że zapalali światło. Natomiast inaczej było w przypadku kogoś, kto buszował po regałach i szafkach, jakby zgubił tam cały swój dobytek. To sprawiło, że Fernie serce podeszło do gardła, ale jednocześnie nie straciła zimnej krwi (jeszcze). Odstawiła pudełko, najciszej jak umiała, na jedną z szafek i stanęła kilka metrów za persona non grata szpitalnego składziku.
— Nie ruszaj się!
Żeński głos poniósł się pomiędzy przeszklonymi szafkami z najróżniejszymi utensyliami lekarskimi. Brzmiał on poważnie i nawet mógłby być dostatecznie ostry, by zatrzymać i całą armię złodziei, gdyby jego właścicielka tak się nie bała. Widać to było po drżącej delikatnie różdżce, której końcówka się rozświetliła, rzucając światło na złodzieja.
Strach ma wielkie oczy, mówi mugolskie przysłowie. Czarodzieje mieli swój odpowiednik, brzmiący tak: „Strach czyni rzeczy dwa razy gorszymi, niż naprawdę są”. Gdyby Fernah miała się zastanowić, którą z wersji woli, zdecydowanie byłaby za pierwszą. Krótszą i zwięzłą, dlatego teraz to te słowa pojawiły się w jej głowie, kiedy patrzyła na wyłaniającą się z ciemności postać.
Postanowiła skorzystać z tego, że jeszcze serce nie wyskoczyło jej z piersi, a głos nie drżał aż tak bardzo i spytała.
— Kim jesteś i co tutaj robisz?!