29.04.2024, 07:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.04.2024, 09:25 przez Brenna Longbottom.)
Basilius był zrezygnowany, może nawet załamany – i ciężko było się mu dziwić. Brenna z kolei, trochę wbrew sytuacji (bo przecież nie chciała, aby pan Ferdynand zrobił komuś krzywdę, za to bardzo, bardzo chciała odzyskać swoje kości), była do pewnego stopnia rozbawiona i to rozbawienie pojawiło się głównie z powodu jego reakcji. Musiała powstrzymać śmiech, narastający gdzieś w gardle, bo to jednak trochę nie wypadało. Z drugiej strony, co mogła w tej sytuacji robić? Płakać? Przeklinać los? Bić w te drzwi… znaczy się w mur, który je zasłaniał? To już lepiej było się śmiać…
– Niefortunne zbiegi wypadków… eee… czasem się zdarzają – powiedziała, Brenna usadawiając się na podłodze w taki sposób, by podeprzeć się o ścianę i nie potrzebować podparcia prawej ręki. – W następny piątek trzynastego postaram się wziąć wolne, o ile to będzie możliwe i może nawet uda mi się spędzić cały dzień w Dolinie Godryka, to nasze wzajemne pechy nie ulegną kumulacji – obiecała Brenna, jeszcze nieświadoma, że następny przypadek będzie dotyczył „dziwnej daty”, nie konkretnie piątku trzynastego, może tak w ramach kary za to, że spróbuje uniknąć przeznaczenia.
– A co, wolałbyś grać w Piotrusia? – parsknęła, ale zaraz zrobiła skruszoną minę. - Wybacz. Uległam paskudnie stereotypom na temat waszej rodziny, zapominając, że nie każdy Prewett to hazardzista, tak jak nie każdy Longbottom jest policjantem i nie każdy Lestrange pracuje w tym szpitalu. Nott nie zawsze ma przy sobie miotłę, Prewett nie zawsze ma karty. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina – oświadczyła bez mrugnięcia okiem, i jeszcze dla lepszego efektu uderzyła się w klatkę piersiową raz i drugi (zaciśniętą w pięść lewą ręką, oczywiście, bo prawą nie byłaby w stanie). A potem uśmiechnęła się do niego w jakiś taki odrobinę przebiegły sposób, bo przecież Basilius nie powiedział, że nie ma tych kart. – To co, masz te karty? Masz przewagę, nie za bardzo ogarniam pokera i nie mam kości. Niepowtarzalna okazja do ogrania Longbottomówny.
A to drugie nieco utrudniało trzymanie kart. Za to z jej mimiką blefować mogła doskonale! Zamiast pokerowej twarzy - uśmiech wariatki niezależnie od tego, jak jej idzie karta.
– Niefortunne zbiegi wypadków… eee… czasem się zdarzają – powiedziała, Brenna usadawiając się na podłodze w taki sposób, by podeprzeć się o ścianę i nie potrzebować podparcia prawej ręki. – W następny piątek trzynastego postaram się wziąć wolne, o ile to będzie możliwe i może nawet uda mi się spędzić cały dzień w Dolinie Godryka, to nasze wzajemne pechy nie ulegną kumulacji – obiecała Brenna, jeszcze nieświadoma, że następny przypadek będzie dotyczył „dziwnej daty”, nie konkretnie piątku trzynastego, może tak w ramach kary za to, że spróbuje uniknąć przeznaczenia.
– A co, wolałbyś grać w Piotrusia? – parsknęła, ale zaraz zrobiła skruszoną minę. - Wybacz. Uległam paskudnie stereotypom na temat waszej rodziny, zapominając, że nie każdy Prewett to hazardzista, tak jak nie każdy Longbottom jest policjantem i nie każdy Lestrange pracuje w tym szpitalu. Nott nie zawsze ma przy sobie miotłę, Prewett nie zawsze ma karty. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina – oświadczyła bez mrugnięcia okiem, i jeszcze dla lepszego efektu uderzyła się w klatkę piersiową raz i drugi (zaciśniętą w pięść lewą ręką, oczywiście, bo prawą nie byłaby w stanie). A potem uśmiechnęła się do niego w jakiś taki odrobinę przebiegły sposób, bo przecież Basilius nie powiedział, że nie ma tych kart. – To co, masz te karty? Masz przewagę, nie za bardzo ogarniam pokera i nie mam kości. Niepowtarzalna okazja do ogrania Longbottomówny.
A to drugie nieco utrudniało trzymanie kart. Za to z jej mimiką blefować mogła doskonale! Zamiast pokerowej twarzy - uśmiech wariatki niezależnie od tego, jak jej idzie karta.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.