Dziwnym trafem właśnie z Bulstrode udało jej się już dawno temu nawiązać dosyć bliską więź. Mimo tego, że kobiety był skrajnie różne, czy w stylu bycia, czy z charakteru, to potrafiły się dogadać, a nawet mogła ją nazwać swoją przyjaciółką, bo wiedziała, że może jej ufać, jak mało komu. Florence nie oceniała, nie pytała, była kiedy jej potrzebowała i ona mogła jej się odwdzięczyć tym samym, chociaż czasem miała wrażenie, że nawet nie do końca.
- Tak, chyba, że wydarzy się coś naprawdę nagłego. - Zapewniła go w tym jeszcze. Nie zamierzała niepokoić mężczyzny nocami, nie kiedy miała kogoś z czyjej pomocy mogła skorzystać zawsze.
Geraldine nie miała takich ciężkich rozważań jak Prewett, ona była w stanie zagrać o wszystko, lubiła rywalizację, szczególnie, gdy miała o co walczyć. Nie, żeby była pewna swojej wygranej, bo właściwie, jeśli chodzi o karty to zawsze decydował los, więc zwycięstwo zależało od tego, komu fortuna będzie dzisiaj sprzyjać, może właśnie to powodowało, że jeszcze chętniej ryzykowała.
- Cieszę się, że się zgodziłeś. - Obserwowała Basiliusa, kiedy wyciągnął karty, spodziewała się tego, że ma przy sobie talię. Była to poniekąd domena ich rodziny. Przyglądała mu się, gdy wprawnie je tasował. Oczy jej błyszczały, można było w nich zauważyć dziwną ekscytację. Może uda jej się mieć kolejnego dłużnika? Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać przysługa, była to rzecz warta świeczki. Jeśli zaś przegra, to cóż, życie, na pewno się z tym pogodzić, chociaż oczywiście, że wolałaby zwyciężyć. Nie oszukujmy się, każdy lubił wygrywać, czy to w karty, czy walcząc na szpady.
Rozdał karty, pierwsza runda nadeszła, wzięła w dłoń karty, które dostała i je obejrzała, nie pokazywała po sobie, co tam zobaczyła, żeby nie było zbyt prosto.