Kiedy ktoś spogląda na ciebie tak, jak spoglądał na niego teraz ciągle Astaroth Yaxley, to nie dało się nie czuć docenionym. Niepotrzebne były słowa. Jego spojrzenie było melodią. On był klawiszami. Wygrywał nuty swoimi palcami - nie - całą osobą, każdym ruchem, każdym dźwiękiem, a Astaroth patrzył jak oczarowany. Nie było w tym jednak żadnego nadnaturalnego czaru. Nie było żadnych podchwytliwych ruchów, które zawierałyby w sobie magię, a nawet żadnych podchwytliwych fizycznie. Z jakiegoś powodu nadal uważał na spojrzenie, które było jemu, mistrzowi nut, posyłane. Głodne, pełne pragnienia. Na jego ruchy, które były niespokojne, jakby zmuszał się do siedzenia na tym fotelu. Nie był pewien, czy dobrze odczytuje te ruchy - nie miał najbystrzejszego spojrzenia, ale niektóre rzeczy wyczuwało się... w powietrzu. Tak on tutaj wyczuwał to napięcie. Przed nim nie było utartego schematu, układu nutowego, do którego mógłby się odnieść, żeby poprowadzić to spotkanie statycznie i spokojnie. Poza tym czy to spokoju właśnie szukał? W obliczu ostatnich tragedii i ekscytacji mógłby powiedzieć, że tak, jak najbardziej. Więc grał. Naciskał klawiszki. Reakcje? Kolejne poruszenia, kolejne spojrzenia, niby głodne, spragnione, ale chmurne. Wystarczyłoby powiedzieć: weź mnie..? Czy tylko można zaufać komuś, kto tak mocno go ostrzega raz za razem? Bo to już któryś raz. Tylko dlatego Laurent jeszcze do niego nie podszedł i nie oparł swoich dłoni na jego kolanach. Skupiał się więc na grze, a wampir skupiał się na nim. Wręcz jakby nie słuchał, chociaż słyszał. Wręcz jakby wiedział, że nie ma czego szukać w nutach, kiedy prawdziwą atrakcją jest on... nie. Jego krew. Bo czy to nie bestia szeptała o tym, że krew tam jest i czeka? I chce więcej, pragnie chłeptać...
- Nie będę się o to wykłócał. - Poddał się Laurent, bo chociaż nie miał pojęcia, co targało tym człowiekiem, to lekceważenie jego słów było zupełną głupotą. Nie rozumiał, oj nie. Chciał zrozumieć. Zastanawiał się tylko, z której strony miałby zacząć i jak pytać, żeby dostać odpowiedzi? Gdzie pojawiłby się niemiły nacisk, a gdzie byłby on niemal słodki? - Mam problem ze zrozumieniem granicy, jaką Pan rysuje. - Wypowiedział się więc najbardziej szczerze i jednocześnie nieco okrężnie. Bo to prawda, to był jeden z kłopotów, ale on po prostu nie rozumiał.
Klikanie klawiszy. Niezrozumiałe puknięcia i niezrozumiałe dźwięki dla tych, którzy nie wiedzieli, co grają. Bach? Beethoven? Nie, to była jego własna melodia, którą mógłby wynucić, tylko że radzono mu, żeby nie śpiewał. Dlatego, że... jeśli dobrze rozumiał, to te wpatrzone w niego oczy były głodne tego śpiewu. Tak głodne, że gotów był go pożreć w całości, jeśli tylko odważy się podnieść dźwięki o kilka tonów, jeśli naprawdę powstanie muzyka. Grajmy więc w głowie - przecież już i tak jesteśmy zaangażowani. Zaczął więc zamiast tego spoglądać na niego, kiedy czytał. Spodziewał się, że zaraz kropla potu spłynie po skroni mężczyzny i sam nie wiedział, czy sięgnąć jednak dłonią do jego kolana, czy może wycofać się stąd zupełnie. Gdyby miał więcej rozsądku w swoim życiu to z wielu sytuacji wyszedłby bezpieczniejszy i oszczędziłby Florence i Basiliusowi problemów z koniecznością zlepiania go z powrotem w jedną całość, żeby jego palce dalej mogły grać, a usta czarować.
Laurent sięgnął dłonią do tych zaciśniętych kurczowo pięści, żeby delikatnie położyć na nich palce.
- Astaroth... - Wypowiedział ciepło, miękko, jego imię. - Co się dzieje?