29.04.2024, 20:33 ✶
Camille uśmiechnęła się kącikiem ust, ale ten uśmiech nie sięgnął oczu. "Owszem, zadowolić kogoś", zdawało się mówić jej spojrzenie. Bo naprawdę tak uważała. Przecież ona również tkwiła w tej pułapce. Pułapce konwenansów, złotej klatce, z której nie było ucieczki. Wieczne zważanie na innych, oglądanie się za siebie, sprawdzanie czy na pewno reputacja nie ucierpiała... Z tej pułapki nie istniała żadna droga ucieczki. Można było tylko poluzować kraty i próbować odnaleźć siebie oraz własne szczęście. I naprawdę chciała, by Laurence to dostrzegł. Żeby najpierw zadbał o siebie w tej klatce, a potem o ludzi poza klatką.
Nie powinna była go dotykać. Wiedziała to doskonale. Obiecywała sobie, że zrobi wszystko, żeby na niego nie patrzeć i go nie dotknąć, nie zbliżyć się zanadto, bo zacznie tonąć. Ale wbrew sobie sama wyciągnęła rękę, jako pierwsza. Dosłownie i w przenośni. I teraz były tego efekty. Drgnęła lekko, czując delikatny dotyk. Brakowało jej tego. Nikt inny nie potrafił sprawić, że głupie pogładzenie dłoni sprawiało, że czuła się dla kogoś całym światem. Wielu próbowało, ale szybko przestawali, gdy zdawali sobie sprawę, że by to osiągnąć musieliby spróbować przebić głową naprawdę wysoki mur. A potem przychodził Laurence Lestrange, gładził jej skórę kciukiem i kamienie same zaczynały się kruszyć. Kochała go i nienawidziła go za to jednocześnie. Chociaż być może w tej chwili bardziej nienawidziła tylko siebie.
- Zmieniliśmy się oboje - powiedziała ostrożnie, opanowując drżenie głosu, chociaż ta nutka niepewności wciąż była wyraźnie słyszalna. - Nie jesteśmy tymi samymi osobami. Skąd masz pewność, że teraz, po tym wszystkim, to jest dobry pomysł? Nie o wszystkim da się zapomnieć, Laurence, chociaż bym chciała. Przez tyle lat chowałam się za maską, że nie jestem pewna, czy potrafiłabym ją zdjąć.
Sama - na pewno nie. A z jego pomocą...? W jej sercu błyskała iskierka nadziei, ale tłumiła ją, bo przecież to on sprawił, że w ogóle tę maskę przywdziała. I chyba tylko on był w stanie sprawić, że wyrzuci ją do kosza i o wszystkim zapomni. Ale... Do tego wszystko dochodził jego syn.
- Z przyjemnością go poznam - odpowiedziała lekko, z uśmiechem. - Ale nie teraz. Chciałabym... Chciałabym najpierw ustalić, co jest między nami. Wiesz, że dzieci wyczuwają takie rzeczy. Myślę, że domyśliłby się, że sami nie jesteśmy pewni, na czym stoimy. Nie chcę, żeby miał mętlik w głowie i ty pewnie też tego nie chcesz.
Dzieci... Małe, podstępne bestie, które rzekomo były nieporadne i w ogóle, a tak naprawdę rozumiały świat lepiej niż dorośli. Na tę myśl Camille uśmiechnęła się do siebie. Przecież mały Lestrange od razu by wyczuł, że coś między nimi nie gra. A potem... Albo by się z tym pogodził, albo by ją znienawidził. Nie, na to było zdecydowanie za wcześnie. Jeśli chcieli swojego wybaczenia, jeśli chcieli spróbować - musieli zacząć od siebie, bez mieszania w to dziecka zbyt pochopnymi decyzjami. Bo Delacour nie była głupia, Laurence mógł mówić co chciał, ale wiedziała że dla większości rodziców to dzieci zawsze stały na pierwszym miejscu.
Nie powinna była go dotykać. Wiedziała to doskonale. Obiecywała sobie, że zrobi wszystko, żeby na niego nie patrzeć i go nie dotknąć, nie zbliżyć się zanadto, bo zacznie tonąć. Ale wbrew sobie sama wyciągnęła rękę, jako pierwsza. Dosłownie i w przenośni. I teraz były tego efekty. Drgnęła lekko, czując delikatny dotyk. Brakowało jej tego. Nikt inny nie potrafił sprawić, że głupie pogładzenie dłoni sprawiało, że czuła się dla kogoś całym światem. Wielu próbowało, ale szybko przestawali, gdy zdawali sobie sprawę, że by to osiągnąć musieliby spróbować przebić głową naprawdę wysoki mur. A potem przychodził Laurence Lestrange, gładził jej skórę kciukiem i kamienie same zaczynały się kruszyć. Kochała go i nienawidziła go za to jednocześnie. Chociaż być może w tej chwili bardziej nienawidziła tylko siebie.
- Zmieniliśmy się oboje - powiedziała ostrożnie, opanowując drżenie głosu, chociaż ta nutka niepewności wciąż była wyraźnie słyszalna. - Nie jesteśmy tymi samymi osobami. Skąd masz pewność, że teraz, po tym wszystkim, to jest dobry pomysł? Nie o wszystkim da się zapomnieć, Laurence, chociaż bym chciała. Przez tyle lat chowałam się za maską, że nie jestem pewna, czy potrafiłabym ją zdjąć.
Sama - na pewno nie. A z jego pomocą...? W jej sercu błyskała iskierka nadziei, ale tłumiła ją, bo przecież to on sprawił, że w ogóle tę maskę przywdziała. I chyba tylko on był w stanie sprawić, że wyrzuci ją do kosza i o wszystkim zapomni. Ale... Do tego wszystko dochodził jego syn.
- Z przyjemnością go poznam - odpowiedziała lekko, z uśmiechem. - Ale nie teraz. Chciałabym... Chciałabym najpierw ustalić, co jest między nami. Wiesz, że dzieci wyczuwają takie rzeczy. Myślę, że domyśliłby się, że sami nie jesteśmy pewni, na czym stoimy. Nie chcę, żeby miał mętlik w głowie i ty pewnie też tego nie chcesz.
Dzieci... Małe, podstępne bestie, które rzekomo były nieporadne i w ogóle, a tak naprawdę rozumiały świat lepiej niż dorośli. Na tę myśl Camille uśmiechnęła się do siebie. Przecież mały Lestrange od razu by wyczuł, że coś między nimi nie gra. A potem... Albo by się z tym pogodził, albo by ją znienawidził. Nie, na to było zdecydowanie za wcześnie. Jeśli chcieli swojego wybaczenia, jeśli chcieli spróbować - musieli zacząć od siebie, bez mieszania w to dziecka zbyt pochopnymi decyzjami. Bo Delacour nie była głupia, Laurence mógł mówić co chciał, ale wiedziała że dla większości rodziców to dzieci zawsze stały na pierwszym miejscu.